RSS
poniedziałek, 26 marca 2012
kogo obraża nagość?

Ludzie najczęściej walczą o wolność: wolność do samostanowienia, wypowiadania się, wiary, wolność ściągania tego, co chcą, kiedy chcą. Są też ludzie, którzy walczą o prawo do chodzenia nago, nie tylko w domowych pieleszach. Tak jak Stephen Gough (rocznik 1959, na zdjęciu), były żołnierz brytyjskiej piechoty morskiej, a potem kierowca ciężarówki i aktywista. Lepiej znany brytyjskim tabloidom pod pseudonimem 'Nagi Wędrowiec'. W 2003 roku po raz pierwszy przeszedł wzdłuż Anglię, mając na sobie jedynie buty, skarpetki i plecak. Aresztowano go podczas tej wędrówki 15 razy, w areszcie spędził 140 nocy. Wyczyn powtórzył dwa lata później, ze swoją dziewczyną. Ich również aresztowano kilka razy.

Od tamtej pory Gogh odmówił zakładania ubrania w ogóle. W ten sposób manifestuje swoją niezależność i walczy o prawo do bycia sobą, które to prawo znoszone jest z góry przez inne prawo. Ostatni raz zatrzymano Stephena w Szkocji, gdzie interpretacja prawa i definicja 'zakłocania porządku publicznego' jest bardziej restrykcyjna niż w Anglii. Po odsiedzeniu kilkumiesięcznego wyroku za epatowanie nagością w miejscach publicznych, Gough opuścił więzienie...nago i spowrotem został wsadzony do aresztu. A ponieważ na proces też się nie ubiera, dostaje dodatkowe kilka miesięcy za obrazę sądu. I tak w kółko, przez ostatnie kilka lat. Bardzo ciekawy tekst o nim opublikował kilka dni temu Guardian (http://www.guardian.co.uk/lifeandstyle/2012/mar/23/naked-rambler-prison). Przemyślenia Gough i jego determinacja skłaniają do refleksji nad własnymi wyborami i determinacją, albo jej brakiem. Także nad sensem tego, co robi. Pobyty Gough w więzieniu kosztowały podatników kilkaset tysięcy funtów, jeżeli się nie ugnie, Gough może spędzić za kratkami resztę życia. Jego dzieci z pierwszego związku zerwały z nim kontakt. Nagi Wędrowiec ma nadzieję, że kiedyś zrozumieją jego decyzję i ją zaakceptują.

Dwa dni po wizycie dziennikarza,Gough przysłał mu długi list-manifest, który tłumaczy jego stanowisko. Napisał w nim m.in.: 'Możemy albo żyć tak, jak tego oczekują od nas inni albo żyć w zgodzie z wewnętrzną prawdą. Różnica polega na tym, że to pierwsze życie jest nieświadome, to drugie- w pełni świadome.Życie i nieżycie.'

 

14:41, jucatuitam
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 12 marca 2012
rower to wolność

Guillaume Blanchet- prezent od syna dla ojca

Wierzę, że najlepsze prezenty są niematerialne. Wymagają tylko pomysłu, trochę wysiłku i dobrej znajomości obdarowywanej osoby. Guillaume Blanchet, artysta, reżyser i wolny-strzelec, związany z kilkoma kanadyjskimi agencjami reklamowymi, cały zeszły rok i początego tego roku, w sumie 382 dni, spędził na rowerze, jeżdżąc po Montrealu. Mimo przeciwności- mrozu, upału, niebezpiecznych sytuacji, schodził z roweru tylko po to, żeby się zdrzemnąć, chociaż próbował to robić również w trakcie jazdy;-). To i wiele innych rzeczy- jak smażenie jajek, mycie zębów i randki z dziewczyną.  A wszystko po to, żeby nakręcić krótki film w hołdzie dla swojego ojca- zapalonego rowerzysty, który przejechał w swoim życiu 120 tysięcy kilometrów i dla którego jazda na rowerze jest synonimem wolności.

A prezent wygląda tak

17:31, jucatuitam
Link Komentarze (6) »
piątek, 09 marca 2012
Arka Kahlego

Brewster Kahle jest biznesmenem z Kalifornii, którego życiowe motto brzmi: ”dostęp do wszelkiej wiedzy powinien być powszechny”. W 1996 roku Kahle razem z przyjaciółmi założył Internet Archive, które miało ambicję zarchiwizować wszystkie treści świata ( w postaci książek, audycji radiowych, klipów, koncertów) i udostępniać je użytkownikom za darmo. W 2009 Internet Archive miał w swoich zasobach 2 miliony książek, 100 tysięcy godzin programów telewizyjnych, 200 tysięcy wideo klipów, 70 koncertów i 465 tysięcy godzin audycji radiowych. Ale w tym roku Kahle zaskoczył wszystkich. Ten cyfrowy tubylec, a przynajmniej obywatel z cyfrowym paszportem, zainwestował 3 miliony dolarów w stare magazyny na przedmieściach San Francisco, gdzie zamierza przechowywać po jednym egzemplarzu każdej książki, kiedykolwiek wydanej na świecie na wypadek...cyfrowego kataklizmu.  To ciekawe, bo w całej tej dyskusji ”papier czy internet”, która toczy się nieprzerwanie od kilku lat, a ostatnio z większą intensywnością, w zasadzie chyba nigdy nie słyszałam głosu, który wieszczyłby koniec internetu (chyba, że w tekstach z gatunku s-f). Koniec papieru, o tym się słyszy bezustannie, ale koniec sieci? Mało kto potrafi to sobie wyobrazić. A Kahle sobie wyobraził, to znaczy zauważył, że możliwy jest taki scenariusz, w którym sieć pada, a wszystko co w niej znika bezpowrotnie.

Do Arki Kahlego co tydzień spływa 20 tysięcy nowych tytułów, większość z nich to dary przysyłane przez biblioteki publiczne i uniwersytety, które chętnie opróżniają swoje magazyny z ”makulatury”.  Ale coraz częściej na przedmieścia San Francisco przyjeżdżają też zwyczajni ludzie, którzy chcą podarować Kahlemu całe domowe biblioteczki. Wszystkie książki mają teraz w jednym kompaktowym miejscu- na czytniku.

fot.Lianne Milton/The New York Times

 

15:28, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
czwartek, 01 marca 2012
trzy małe świnki i jedna błyskotliwa gazeta
Jakieś dwie godziny temu brytyjski dziennik The Guardian zadebiutował ze swoją najnowszą (pierwszą od ponad 20 lat) reklamą w telewizji. Autorzy spotu, a tym samym redakcja pokazali telewidzom, jak na przestrzeni ostatnich dwóch dekad zmieniła się gazeta i czym jest dzisiaj. To niezwykłe, że w ciągu dwóch minut udaje im się tak naprawdę opowiedzieć, jak zmienił się medialny pejzaż- bez mądrzenia się, z poczuciem humoru, w pigułce. Guardian mówi: dzisiaj gazetę tworzymy razem, my (redakcja, dziennikarze) i wy (czytelnicy, dziennikarze obywatelscy, blogerzy). Wy nas poprawiacie, wytykacie błędy, dostarczacie informacji, których nie udało nam się zdobyć, a my to wszystko porządkujemy i z tak poprawionym newsem wracamy do was. Gazeta to idea, która jest o wiele większa niż papier- gazeta to internet, portale społecznościowe, twitter, smartfon- to sieć. Na końcu może się okazać, że wilk wcale nie zdmuchnął z powierzchni ziemi domku ze słomy i domku z patyków małych świnek. Wilk miał astmę, nie mógłby zdmuchnąć nawet dmuchawca. To świnki go wrobiły, żeby dostać ubezpieczenie, bo na skutek kryzysu, nie dawały już rady spłacać kredyt.I tak drogie dzieci, okazuje się, że klasyczna bajka była po prostu jednym, wielkim kitem, a wszystkie winne są banki... Plus taki, że razem możemy dotrzeć do prawdy...jakkolwiek jest ona przykra. I to chyba nazywa się społeczeństwem obywatelskim:-) Nowa wersja bajki o trzech świnkach wygląda tak:
01:02, jucatuitam
Link Komentarze (5) »
czwartek, 23 lutego 2012
Kawa dla nieznajomego

Dwa lata temu w małej, niepozornej kafejce w Bluffton, w Południowej Kalifornii, stała klientka (która nie chce zdradzać, kim jest) zamówiła jak zwykle latte, a potem położyła na ladzie 100 dolarowy banknot i zwróciła się do właściciela: ”Proszę za to postawić kawę kolejnym klientom, dopóki pieniądze się nie skończą”. (Zwykła czarna z mlekiem kosztuje tam 1,95$). I wyszła.

Właściciel był zszokowany, ale prośbę spełnił. Klienci początkowo nie chcieli wierzyć i węszyli podstęp: Kto by stawiał obcym ludziom kawę i to w czasie kryzysu? Czy ktoś coś z tego będzie miał? Czy to jakiś psychologiczny eksperyment?

Kiedy właścicielowi udało się przekonać ludzi, że to zwykły życzliwy gest, okazało się, że taka kawa smakuje jeszcze lepiej. A bezinteresowna szczodrość jest zaraźliwa. Zaczęli się pojawiać kolejni klienci, którzy zostawiali od kilku do kilkudziesięciu dolarów na kawy dla nieznajomych- w sumie ponad 1000$. Prawdziwej kawy mogli wreszcie napić się ci, których na nią nie było stać i tak  wokół kawiarni powstała niezwykła atmosfera- w grupę obcych ludzi, którzy dotąd mijali się bez słów, w pośpiechu, nawet na siebie nie patrząc-wstąpił duch wspólnoty. Zaczęły się pogawędki, wspólne spędzanie czasu, wspólna realizacja pomysłów.

A tak niewiele trzeba było.

O tym wszystkim doniósł internetowy magazyn www.good.is, który pisze tylko o pozytywnych wiadomościach.:-)

14:08, jucatuitam
Link Komentarze (4) »
wtorek, 21 lutego 2012
Och, Miranda, Miranda...

Na swoim kanale na youtube ( http://www.youtube.com/user/mirandasings08?feature=watch)Miranda przedstawia się tak: ”Jestem piosenkarką...Mieszkam w Tacoma, w stanie Washington i ludzie mi mówią, że mam najlepszy głos ze wszystkich ich znajomych. Mam nadzieję, że ktoś mnie kiedyś odkryje i  że zostanę sławna. Inspiracją są dla mnie: Britney Spears, Avril Lavigne, Spice Girls (wiem, że są trochę oldskulowe, ale mają taki talent!). Miłego słuchania!”

Od kiedy zadebiutowała trzy lata temu, jej klipy obejrzało 21 milionów ludzi, którzy zostawili drugie tyle komentarzy, w większości nie nadających się do cytowania. Miranda jest krytykowana za wszystko- od tego, jak się maluje (czerwoną szminką wyjeżdża daleko poza kontur ust), w co się ubiera (niemodne ciuchy po mamie), jak śpiewa (potwornie fałszuje) i jakie robi miny (wydyma nienaturalnie usta, przekrzywia głowę) oraz jak się porusza (co najmniej bez wdzięku). Krytykują ją ci…którzy dali się nabrać, bo Miranda tak naprawdę nazywa się Colleen Ballinger i jest profesjonalną aktorką komediową. Ballinger stworzyła swoją internetową tożsamość początkowo tylko dla przyjaciół, ale plotka o ”beznadziejnej Mirandzie” szybko się rozniosła I przybrała postać internetowego memu (http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Mem). To satyra, która jest odpowiedzią na rzesze młodych, delikatnie mówiąc, mało uzdolnionych, zapatrzonych w siebie ludzi, którzy przekonani o swoim talencie czekają na wielkie odkrycie. Youtube traktują jak trampolinę, z której chcą się odbić najchętniej prosto do Hollywood.

Aktorka, jako Miranda, występuje ze swoim kabaretowym show również w realu- na scenach w Nowym Jorku, Los Angeles, Londynie, Toronto i w Sydney. Poza tym, że koszmarnie śpiewa i prezentuje dziwaczne układy choreograficzne, czyta  także maile od swoich wrogów, udziela lekcji śpiewu i stara się przekonać publiczność, że oto stoi przed nimi najpiękniejsza, najbardziej utalentowana I najinteligentniejsza modelka/aktorka/piosenkarka/tancerka i producentka. Co do tego ostatniego- nie ma wątpliwości:-)

 

 

12:12, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 20 lutego 2012
Wielki amerykański plagiator

W listopadzie zeszłego roku, amerykański pisarz, posługujący się pseudonimem Q.R.Markham wydał swoją pierwszą powieść kryminalną: ”Assasin of Secrets”. Chwalono go za wpisanie się w dobrą, klasyczną tradycję kryminałów w stylu Iana Fleminga i ciekawy, oryginalny język. Kilka dni po premierze, ktoś na forum fanów Bonda napisał: ”Po co tracić pieniądze na tę powieść? Lepiej przeczytać rozdział czwarty ”Odnowionej licencji”  Johna Gardnera (kontynuował serię o Bondzie po śmierci Iana Fleminga). ”Wszystko tam jest…”. Szybko wyszło najaw, że ”Assasin of Secrets” to jeden wielki plagiat i to jaki. Dociekliwi znawcy tego gatunku, na pierwszych 34 stronach książki doszukali się ”cytatów” z 35 źródeł! Wydawca Little, Brown wycofał 6,5 tysięcy egzemplarzy z rynku i wystosował oświadczenie, w którym  przeprosił czytelników i odciął się od autora. A autor? Przeprosił wydawcę, czytelników i zgodził się na wywiad z Lizzie Widdicombe- dziennikarką  The New Yorkera, która opisała jego fascynującą  historię na 10 stronach pisma (czyta się bez przerwy na kawę!). (http://www.newyorker.com/reporting/2012/02/13/120213fa_fact_widdicombe)

Okazało się, że autor tak naprawdę nazywa się Quentin Rowan. Jest 35-letnim synem pary artystów- malarki i poetki, oraz pisarza, którzy obracali się wśród nowojorskiej bohemy w latach 60tych i 70tych, choć specjalnej kariery nie zrobili. Quentin miał wielkie ambicje artystyczne, ale przy tym mało wiary we własne siły. W szkole zawsze był traktowany przez rówieśników, jak kozioł ofiarny- wspomina matka. W liceum zaczął pić i eksperymentować z narkotykami. Od 15 lat, co tydzień uczęszcza na mityngi AA. Od kiedy był nastolatkiem pisał wiersze i opowiadania, publikując w prestiożwych literackich tygodnikach. Dzisiaj wiadomo już, że żadne z nich nie było oryginalne od początku do końca. Każde było kompilacją zdań, całych akapitów zerżniętych, brutalnie mówiąc, z innych książek. Rowan, i tego nie można mu odmówić, był chodzącą encyklopedią współczesnej literatury, ekspertem od małoznanych, kiepskich powieści, w których znalazło się parę błyskotliwych zdań. I te chętnie eksportował do własnej twórczości. ”Pan cytat”- mówili o nim koledzy.

Jako początkujący, nowojorski artysta imał się różnych prac: był kierowcą ciężarówki, telemarketerem, kurierem, gitarzystą w zespole rockowym, a ostatnio współwłaścicielem księgarni na Brooklynie.

Kiedy wyszedł na jaw skandal, Rowan przyznał się do wszystkiego od razu. Tak, jakby wielki kamień spadł mu z serca. Plagiaryzm porównał do alkoholizmu, narkomanii, seksoholizmu. Dziennikarce The New Yorkera wyznał, że wiele razy chciał z nim zerwać, tak jak udało mu się zerwać z alkoholem, ale TO było silniejsze od niego. Teraz wreszcie być może mu się to uda. Little, Brown zażądał zwrotu zaliczki- 15 tysięcy dolarów plus koszta zwrotu druku, z księgarnii go wyrzucono, dziewczyna- prawniczka odeszła. Quentin Rowan stał się hipsterskim, śmierdzącym jajem.

”Wiedziałem, że kiedyś ten dzień nadejdzie” powiedział. ”Ale nie umiałem go sobie wyobrazić, poza wielkim upokorzeniem”.

Dzisiaj mieszka z ojcem, w Seattle. Pisze swoją pierwszą autentyczną książkę- wspomnienia. Pracuje po 12 godzin dziennie. Lizzie Widdicombe powiedział, że to wspaniale ”odkryć, że właściwie posiada się literacki głos”.

Na razie jest bezrobotny, ale ma nadzieję, że w końcu znajdzie pracę, może w administracji.

”Mam dobrą głowę do szczegółów” twierdzi.

14:40, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
środa, 15 lutego 2012
jaki ojciec, taki syn

Miałam niedawno taki sen: otwieram gazetę, a tam tylko zdjęcia, bez tekstu. Otwieram następną, to samo. Nerwowo zaglądam do komputera- poznikały wszystkie literki, wyrazy, znaki. Jest tylko obraz. Przestraszyłam się. Ale czego tu się bać, nawet jeśli sen miałby być proroczy? Czasem zazdroszczę fotografom, że mogą tyle wyrazić jednym zdjęciem. Ile ono jest warte- sto, czy tysiąc słów? Nie pamiętam...

Christopher Anderson jest kanadyjskim fotografem. Ma 42 lata, żonę i syna-Atlasa. W 2000 roku dostał medal Roberta Cappy za fotoreportaż o Haitańskich uchodźcach, którzy łódką chcieli dopłynąć do Ameryki. W Walentynki, w Paryżu w Magnum Gallery odbył się wernisaż jego najbardziej osobistej wystawy- pt. "Syn", chociaż równie dobrze ten projekt mógłby się nazywać: "Żona", "Rodzina", "Ojciec" albo "To, co najważniejsze..."

Przed Państwem- Christopher Anderson, czyli 5 tysięcy słów o miłości.

więcej na: http://christopherandersonphoto.com/

 

23:25, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 lutego 2012
terapia deską

„Miałam takie marzenie, żeby leczyć ludzi przy pomocy oceanu” mówi Carly Rogers, terapeutka z Los Angeles.

W 1994 roku, kiedy miała 18 lat i pracowała jako ratowniczka, umarła jej mama. Niedługo potem jej przyjaciel popełnił samobójstwo. Rogers, która na studiach opracowała program terapii surfingiem dla dzieci, postanowiła go wcielić w życie.

Cztery lata temu na Manhattan Beach ruszyły pierwsze warsztaty na desce dla weteranów powracających z wojny z zespołem stresu pourazowego. Pierwsi ochotnicy byli wycofani i niechętni. Stawili się na zajęcia w pełnym wojskowym rynsztunku. „Powoli zaczęli nabierać jakiegoś wyrazu twarzy”- mówi Rogers-„ Po jednym dniu surfowania uśmiechali się, opowiadali żarty, przybijali piątki. To zmieniło też moje życie.” Od tego czasu przez warsztaty przewinęło się już 400 pacjentów.

W zeszłym roku fotografka Reutersa- Lucy Nicholson- zrealizowała fotoreportaż o Rogers i jej nietypowej formie terapii:

Całość możecie obejrzeć tutaj:http://blog.lucynicholson.com/2011/05/surf-therapy/

Matthew Doyle 26-letni żołnierz urodził się i wychował w Kalifornii, ale na desce stanął dopiero po służbie na wojnie w Iraku I w Afganistanie, gdzie był ranny w głowę.

“Zakochałem się w surfingu, jak tylko znalazłem się w wodzie”- mówi-“ Po powrocie z Iraku, straciłem zainteresowanie wszystkim, co kiedyś sprawiało mi radość, straciłem też wielu przyjaciół. Nie miałem już powodu, żeby wychodzić do ludzi. Teraz codziennie chcę surfować.”

15:18, jucatuitam
Link Komentarze (4) »
wtorek, 31 stycznia 2012
rok z TEDem

 

29 grudnia 2011 roku, 39-letnia Australijka Kylie Dunn zostawiła taki wpis na stronie z najbardziej znanymi wykładami na świecie www.ted.com:

”Śledzę te wykłady od ładnych kilku lat i w tym roku dotarły do mnie trzy rzeczy:

1. konsumowanie tych inspirujących myśli już mi nie wystarcza, zdałam sobie sprawę, że muszę działać

2. chcę dowiedzieć się więcej na temat własnych motywacji i inspiracji, żeby mieć pewność, że jestem autentyczna

3. każdy z nas ma wiedzę/mądrość/indywidualny wgląd, który może zainspirować innych ludzi

Dlatego w listopadzie 2011 rozpoczęłam swój projekt ”Rok z Ted-em”. Więcej informacji znajdziecie na moim blogu: www.kyliedunn.com.”

I chociaż nie bardzo zrozumiałam punkt 2 i 3 z wywodu Dunn, postanowiłam na jej stronę zajrzeć. Bo projekt jest ambitny i ciekawy.

Dunn nie zdradza, czym zajmuje się na codzień. Żyje z partnerem Derekiem i pieskiem Lily na Tasmanii, ma szefową, która została wprowadzona w kulisy powstawania projektu. I ma chyba wystarczająco dużo czasu, a może tylko - wystarczająco dużo samozaparcia, żeby podjąć się życia według wybranych wskazówek z TEDa.

W ciągu ostatnich pięciu lat, Dunn obejrzała 300 wykładów. Z tego wybrała ponad 60, które będzie testować na sobie w różnych konfiguracjach (dwa, trzy naraz) przez kolejnych 30 dni. Cały proces jest dosyć skomplikowany, więc najlepiej przeczytać wyjaśnienie autorki na blogu.

Ostatnio Dunn zwalnia tempo życia, stosując się do rad z wykładu Carla Honore- orędownika ”życia powoli”   http://www.ted.com/talks/carl_honore_praises_slowness.html.

Ciekawa jestem, jak jej pójdzie.  Kibicuję. Dunn pisze, że jest bardzo przejęta i zestresowana tym przedsięwzięciem, a ponieważ postanowiła się dzielić tym eksperymentem z publicznością, więc czuje się rozliczana ze swoich postępów  podwójnie- nie tylko przez siebie samą, ale też przez tych, którzy śledzą jej poczynania. Zachęca wszystkich do komentowania i krytyki.

 

14:53, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25