RSS
niedziela, 24 stycznia 2010
intymność

(z cyklu "Pain")

W Londynie, w James Hyman Gallery wystawa jednej z ciekawszych współczesnych fotografek- Elinor Carruci. (www.elinorcarucci.com).

Carucci urodziła się w 1971r. w Jerozolimie. Od 15 lat mieszka w Nowym Jorku i wykłada w Szkole Sztuk Wizualnych (School of Visual Arts). Jej prace znajdują się w stałych kolekcjach m.in. w MOMIE, Brooklyn Museum of Art, Houston Museum of Fine Art. Były również pokazywane na bienale fotografii i na wystawach czasowych w Niemczech, Belgii, Rosji, Czechach, Wielkiej Brytanii, Francji i Izraelu. Podobno mają również zawitać na tegoroczny festiwal fotografii w Łodzi.

Carucci fotografuje od 15 roku życia. Przede wszystkim swoją najbliższą rodzinę- najpierw rodziców, dziadków i kuzynów. Później męża i dzieci. Na wystawie w Londynie można obejrzeć retrosepktywę jej zdjęć z ostatnich 15 lat. Są na niej piękne, intymne portrety i autoportrety z cyklu "Pain" i "Crisis", które dokumentują okres z życia autorki, kiedy poważna choroba kręgosłupa splotła się z kryzysem w jej małżeństwie; zdjęcia z cyklu "Closer"- wśród których najbardziej chyba wzruszają te ilustrujące niezwykle silną (i ambiwalentną) więź fotografki z matką oraz najnowsze zdjęcia ( od 2004r.), czyli foto-pamiętnik z życia Carucci-matki, który obrazami opowiada o ciąży, zmieniającym się ciele, dzieciach i relacji między nimi a matką.

Tutaj zobaczycie fragment wystawy, którą na swojej stronie udostępniła galeria

http://www.jameshymangallery.com/pages/exhibition/1037.html

A tu posłuchacie bardzo ciekawej rozmowy z Carucci m.in. o granicach prywatności w kultowym radiowym programie Women's Hour

http://www.bbc.co.uk/radio4/womanshour/01/2010_01_thu.shtml

A tymczasem jeszcze kilka zdjęć

"Łzy po innym mężczyźnie" ( z cyklu "Crisis")

Bliźnięta w pierwszym tygodniu, 2004r.

z synkiem

z matką

22:52, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
czwartek, 21 stycznia 2010
made in Japan

Dawno żadna wystawa nie sprawiła mi tyle przyjemności. Do tego stopnia, że zapałałam żądzą posiadania m.in lekkiego czerwonego roweru, podróżnych pantofli uszytych z jednego skrawka materiału, drewnianego krzesełka dla dzieci, które zamienia się w konia na biegunach, prostej drewnianej balii, kilku lamp oraz wielu innych przedmiotów, które prezentowane są na wystawie WA: HARMONIA, JAPOŃSKI DESIGN DZIŚ w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie. (www.iwp.com.pl).

Szczerze polecam wszystkim tym, którzy mają dosyć wszechobecnej szaroburości i chcieliby popatrzeć na coś ładnego. Na wystawie jest 161 eksponatów posegregowanych w 12 kategorii: sztuka stołu, akcesoria łazienkowe, sprzęt elektroniczny, technologia cyfrowa, zabawki, artykuły biurowe, artykuły dla domu, ubrania i dodatki, torby i opakowania, pojazdy, meble, oświetlenie. A tym, którzy nie chcą sobie zepsuć wrażenia porównywaniem estetyki japońskiej z polską, proponuje zakaz schodzenia piętro niżej do toalet, zwłaszcza damskiej. Na suficie WC:ENTROPIA, POLSKI DESIGN WCZORAJ.

A tu obiekt moich westchnień i kilka pozostałych:

rower zaprojektowany przez Kena Chujo

krzesełko-koń na biegunach (Toshimitsu Sasaki)

 Drewniana wanna, taboret, wieszak na ręczniki (Kodue Hibino)

 

20:26, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 stycznia 2010
odśwież sobie wargi

Wiecie co jest w tym ślicznym różowym pudełeczku o wdzięcznej nazwie "Mój Nowy Różowy Guziczek"? Farba do warg sromowych w czterech odcieniach różu do wyboru-Marylin, Bettie, Audrey albo Ginger. Produkt opatentowała amerykańska dyplomowana kosmetyczka, która popadła w rozpacz, kiedy odkryła, że jej wagina traci swój różowy kolor na rzecz...brązu. Ponieważ rynek nie miał jej niczego do zaoferowania, a przy tym okazało się, że tysiące zdesperowanych Amerykanek również poszukuje jakiegoś specyfiku do odświeżenia "warg", kosmetyczka postanowiła wymyśleć swój własny. Tak powstał "My New Pink Button"-nietestowany na zwierzętach. "Za to obudzi w tobie zwierzę!"-jak zapewnia producent. Kosztuje 30 dolarów i starcza na 20 razy. Niestety "róż" utrzymuje się tylko przez 2-3 doby. A potem znowu popada w melancholijny brąz...Jedna z klientek tak zachwala go na stronie promocyjnej:

"Po urodzeniu dzieci, zauważyłam, że TAM to nie wygląda tak samo jak przedtem, zwłaszcza kolor (sic!). Nikt mi nie mówił, że tak się może stać. Byłam w szoku, kiedy mój lekarz powiedział, że to typowe. Jestem taka szczęśliwa, że kupiłam ten produkt . Świetnie działa i jest łatwy w użyciu. Dzięki niemu czuję się lepiej we własnej skórze. Dziękuję!"

UWAGA! "My new pink button" przywróci róż także twoim sutkom oraz genitaliom twojego partnera

21:53, jucatuitam
Link Komentarze (3) »
środa, 13 stycznia 2010
choroba naszych czasów

Eliza Griffiths

Wczoraj miałam bardzo ciekawą rozmowę z pewną Panią Psycholog, m.in. na temat związków. Po wyjściu naszła mnie refleksja, nie pierwszy raz zresztą, że wiele naszych współczesnych problemów z tzw. ułożeniem sobie życia wynika z braku dojrzałości.

Już samo słowo brzmi paskudnie, prawda? DOJRZAŁOŚĆ, bo co takiego w zasadzie jest?. Mam wrażenie,że dzisiaj przede wszystkim premiuje się młodość- a co za tym idzie mobilność, podążanie za zmianą, dużą elastyczność (także poglądów, wizji świata), umiejętność zręcznego uciekania przed konsekwencjami i odpowiedzialnością. Autorytety są po to, żeby je podważać i liczy się ten, kto umie to zrobić w błyskotliwy sposób. Autorytet jest niedemokartyczny, bo nikt nie może wiedzieć więcej, znać się lepiej.

Z tej okazji przypomniała mi się książka, która co prawda wyszła już kilka lat temu, ale warto ją sobie poczytać. To eseje napisane przez włoskiego autora Francesco M.Cataluccio, zebrane pod tytułem "Niedojrzałość. Choroba naszych czasów" (Znak).

Joanna Derkaczew w Gazecie sprzed kilku lat, pisze: "Młodość to najlepiej wypromowany produkt XX wieku. Do tego stopnia, że nikt już nie pyta, gdzie kryje się jej wartość i dlaczego tak naprawdę opłaca się o nią zabiegać. Młodość automatycznie przyciąga wszystkie pozytywne skojarzenia, co doskonale wykorzystują spece od reklamy, sprzedawcy i politycy. Po drugiej stronie znalazła się starość - synonim choroby, demencji, zacofania, przed którą infantylnych konsumentów ostrzega się jak przed wilkiem z lasu. Wydaje się, że stara opozycja dobre - złe zmieniła się na młode - stare. Dojrzałość znikła z tego podziału. Nic dziwnego, skoro nie nadaje się do masowej produkcji, nie wywołuje podniecenia ani strachu, kiepsko wypada w sloganach. Jest nieatrakcyjna, trudna, często nieprzyjemna."

a całość tutaj: http://wyborcza.pl/1,75517,3504805.html


09:51, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
środa, 06 stycznia 2010
autorka jednej powieści

To jest temat, który czasem do mnie wraca-autor jednej powieści, jednej piosenki, jednego scenariusza. Oczywiście bestseller, hit. Wszyscy się zachwycają. Ogłasza się wszem i wobec narodziny gwiazdy. Czekamy na ciąg dalszy, a tam...Cisza. Cisza, która trwa.

Pamiętam jak kiedyś w czasie wywiadu, Sarah Waters powiedziała mi, że napisanie pierwszej powieści to była czysta przyjemność, przygoda. Pisanie drugiej to był również strach, jak zostanie odebrana- skoro debiut był wielkim sukcesem. Pisanie trzeciej to była ciężka praca i ogromny stres, czy sprosta oczekiwaniom, czy nie zostanie zaszufladkowana, czy nie rozczaruje wydawacy, czytelników, czy krytycy jej nie zniszczą...

Nelle Harper Lee (na zdjęciu) napisała w życiu jedną książkę. "Zabić drozda" ukazała się w 1960r i natychmiast trafiła na listę bestsellerów. Harper Lee miała wtedy 34 lata. Rok później dostała za nią nagrodę Pulitzera. Dwa lata później powieść zekranizowano, a film z Gregorym Peckiem w roli głównej otrzymał trzy Oskary. W 1964 Harper Lee wycofała się z życia publicznego. Od tamtej pory nie udziela wywiadów, odmawia wygłaszania przemówień i pisania przedmów do kolejnych wydań "Zabić drozda", która do tej pory sprzedała się w nakładzie ok.30 milionów egzemplarzy i została przetłumaczona na kilkanaście języków. Pisarka odbiera liczne nagrody, przyjmuje prestiżowe tytuły, ale poza tym- milczy.

W 2007r. prezydent Bush wręczył Harper Lee najważniejsze odznaczenie za zasługi dla państwa- Medal Wolności. Tak to wyglądało

Piszę o niej, bo kilka dni temu obejrzałam "Capote", film o Trumanie Capote (najbardziej chyba znanym ze "Śniadania u Tiffany'ego") i kulisach powstawania jego najważniejszej powieści "Z zimną krwią" (Jest jeszcze drugi film oparty na tych samych wydarzeniach "Bez skrupułów", którego nie polecam). Nelle Harper Lee była przyjaciółką Capote z dzieciństwa. Wychowali się razem w południowoamerykańskim miasteczku Monroeville w Alabamie. Kiedy Capote przeczytał notkę prasową o bestialskim mordzie na rodzinie farmerów w miasteczku Holcomb w Kansas, postanowił napisać o tym artykuł do New Yorkera. W podróży do Holcomb towarzyszyła mu Harper Lee. Są jak pozytyw i negatyw. On-głośny, drobny aczkolwiek wypełniający swoją osobą cały pokój, gadatliwy megaloman. Ona-małomówna, wycofana, rzeczowa, skromna. Niezwykła para. On w Holcomb postanowił, że temat morderstwa to materiał na powieść, a nie artykuł. Ona w tym samym czasie dowiedziała się, że jej powieść zostanie wydana. W filmie tę parę zagrał genialny duet-Philip Hoffman Seymour i (moim zdaniem niedoceniona) Catherine Keener.

Nelle Harper Lee podobno jeszcze dwukrotnie podjęła próbę pisania kolejnej powieści, ale w końcu przerywała pracę i zrywała kontrakt z wydawcą. Nie publikuje, ale czy nadal pisze? Może dopiero jej własna śmierć przerwie jej milczenie...

 

21:25, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
sobota, 02 stycznia 2010
a Ty co robiłeś w Nowy Rok?;)

Myślałam, że uda mi się przetrwać z dala od komputera przynajmniej do przyszłego tygodnia. "Więcej realu, mniej wirtualu"- to  było jedno z moich postanowień noworocznych, które oczywiście już udało mi się złamać. Były też inne. Ale podobno taka ich natura. Noworoczne postanowienia mają w sobie coś z petard. Robią dużo hałasu i żyją bardzo krótko...

Co do tradycji sylwestrowej balangi, to zawsze miałam ją w głębokim poważaniu. Może dlatego, że wszechobecny przymus dobrej zabawy wywołuje u mnie apatię. Choć przyznam, że tego Sylwestra mogę zaliczyć do udanych. Spędziłam go m.in. z Markiem Niedźwieckim. który na antenie puszczał same hity z ostatnich kilku dekad (Wyznał też, że Sylwestra najbardziej lubi spędzać w pracy).

A teraz będzie clou, do którego zmierzałam nieśpiesznym krokiem.

Tak, jak Sylwestrem wzgardzam, tak mam obsesję na punkcie pierwszego dnia w nowym roku. Ma być fajny i już. Byłam ciekawa, co robią inni, żeby uczcić ten dzień. I znalazłam to

Zgodnie z tradycją, członkowie Klubu Morsa z Chicago (w Stanach mówi się raczej o Klubach Niedźwiedzia Polarnego) przywitali Nowy Rok zanurzeniem w lodowatym jeziorze Michigan. Cały wyczyn wraz z wbiegnięciem i wybiegnięciem trwał przeciętnie 30 sekund. Nie wiem, jaką temperaturę miała woda, ale dzisiaj w Chicago w południe było 11 stopni na minusie.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o techinkach morsowania, o tym, jak zacząć i gdzie organizuje się zloty morsów w Polsce zajrzyjcie tutaj: www.morsy.info. Uwaga, to wciąga!;)

16:08, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
jestem na sankach

(skorzystałam z okładki antologii opowiadań polskich autorów (m.in. Andrzeja Stasiuka, Olgi Tokarczuk, Izabeli Filipiak, Jerzego Pilcha) wydanej przez Centrum Kultury "Zamek". Temat: narodowa tożsamość, podróż, pielgrzymka, emigracja, konfrontacja z Innym)

09:30, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »