RSS
czwartek, 27 stycznia 2011
Tygrysica

Po Matkach-Alfa, Matkach-Beta i Eko-matkach, przyszedł czas na Matkę-Tygrysicę.

Dwa tygodnie temu w Stanach została wydana książka, którą już okrzyknięto najbardziej kontrowersyjną książką roku 2011: 'The Battle Hymn of the Tiger Mother' ( w wolnym tłumaczeniu 'Pieśń wojenna matki tygrysicy”) Amy Chua. Na Amazonie zajmuje już trzecie miejsce na liście bestsellerów (po kolejnym poradniku nt. rewolucyjnej metody odchudzania i książce historycznej nt. II wojny światowej) i pnie się w górę.

Amy Chua, profesor i wykładowczyni na Uniwersytecie w Yale, z pochodzenia Chinka opowiada w książce o tym, jak wychowuje swoje dwie nastoletnie córki, odwołując się do rodzinnej tradycji oraz chińskiego modelu wychowania. A więc: dyscyplina, żelazna konsekwencja, kara oraz krytyka, żadnego tam amerykańskiego pompowania ego. Tylko w ten sposób można osiągnąć wyniki w nauce, a potem sukces w pracy.

Chua nie akceptuje innych ocen poza szóstkami, nie pozwala dziewczynkom wybrać swoich zainteresowań i zajęć poza lekcyjnych. O wszystkim decyduje za nie. Niezadowolona z piątki, powtarza: 'Mogłaś się lepiej postarać.' Za ocenę niższą jest kara. Jej córki nigdy nie zostały na noc u przyjaciółek (prawdopodobnie w ogóle ich nie mają), nie oglądają telewizji, nie grają w gry komputerowe, jedna uczy się gry na pianinie i ćwiczy po kilka godzin dziennie, druga gra na skrzypcach.

Po opublikowaniu fragmentu książki w the World Street Journal, pod tekstem rozgorzała zacięta dyskusja na temat metod Chua, amerykańskiego stylu rodzicielskiego i konsekwencji obydwu. I tak jak większość uważa, że Chua jest zimna, zdystansowana, żeby nie powiedzieć-okrutna i nieludzka, to jej książka sprzedała się na pniu, bo jednak rodzice chcieliby osiągnąć podobny sukces wychowawczy jak Chua (może tylko przy użyciu mniej brutalnych metod). A poza tym, jak pisze Hadley Freeman, dziennikarka The Guardian to, o czym najbardziej lubią czytać i co najbardziej lubią oglądać rodzice, to książki i programy o innych rodzicach, którzy w ich mniemaniu są jeszcze bardziej popieprzeni od nich...

Tutaj fragment książki http://online.wsj.com/article/SB10001424052748704111504576059713528698754.html

A tutaj Chua gościnnie w amerykańskiej telewizji śniadaniowej:

http://today.msnbc.msn.com/id/41005969/ns/today-books/

14:52, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 stycznia 2011
o siedzeniu w domu

Raz jeszcze. I pewnie napiszę o tym jeszcze nie raz.

Dostałam od męża na imieniny krokomierz. Na własne życzenie. Jak już mam wprowadzać w życie zasady, które z takim przekonaniem rozpowszechniam, to powinnam być wiarygodna. (tych, którzy nie wiedzą o co chodzi uprasza się o przeczytanie notki na temat chodzenia). W poniedziałki i piątki jestem matką domową dwójki dzieci. Nie jestem w pracy. "Siedzę" w domu. W ostatni piątek dosłownie. Bo w zeszłym tygodniu przerabialiśmy szkarlatynę, więc mieliśmy szlaban na wyjście z domu nawet po bułki do sklepu za rogiem. Bardzo byłam ciekawa ile kroków zrobi taka matka "siedząca" w domu. No ile? Zgadniecie? 1000? 1500? Podobno przeciętny pracownik biurowy robi przeciętnie 2,500-3000 kroków (poruszając się do i z pracy, samochodem). No więc, UWAGA!: Od 8 rano do 24 przeszłam w domu 9.500 kroków. Poruszając się, jak zwykle pomiędzy kuchnią, przedpokojem , pokojem dzieci i łazienką. Dodam, że mieszkanie mamy mikroskopijne, więc aż strach pomyśleć, ile kroków robią matki siedzące w domach-domach.

Gwoli ścisłości -9.500 kroków- to prawie 8 km.

I teraz obsesyjnie liczę, ile kroków robię każdego dnia. Cel-10 tysięcy. Tyle zalecają lekarze na utrzymanie dobrej formy. Phi, co to dla mnie! Nie muszę nawet wyściubiać nosa z domu, żeby tyle przejść. Nagle poczułam się bardzo zdrowa i wysportowana.

To oczywiście żart.

PS. W sobotnich Obcasach polecam tekst Agnieszki Graff. Nie do końca na temat, ale jednak trochę.

PS2. Córeczka pyta mnie codziennie wieczorem, ile przeszłam kroków. I niewiadomo dlaczego dodaje: No ile mamo, powiedz, dwanaście? (to taki żart z dedykacją dla wszystkich AA, AH, AN, itd...:)

22:11, jucatuitam
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 stycznia 2011
i mucha nie siada

Tak wygląda współczesna rzeźba.

Współczesna brytyjska rzeźba. Jej autorem jest chyba najbogatszy żyjący artysta na świecie- Damien Hirst. Tak, ten od czaszki inkrustowanej diamentami i od zwierząt zanurzonych w formalinie (również w gablotach). Również ten od licznych bajecznych posiadłości, m.in. w Devon i w Cotswolds (http://www.the-cotswolds.org/) oraz w Meksyku.

Rzeźba nosi tytuł "Zjedzmy dziś na dworze". Na pierwszym planie zestaw ogrodowy, resztki kurczaka, wino, na drugim planie- grill. Te czarne punkty, które nie bardzo tu widać, to muchy. Można ją oglądać do końca kwietnia na wystawie "Współczesnej rzeźby brytyjskiej" w Królewskiej Akademii Sztuki w Londynie. Dzisiaj odbył się wernisaż dla prasy.

Zamieszczam to zdjęcie dzisiaj z kilku powodów. Po pierwsze mimo jego fatalnej reputacji  (m.in. wielokrotne zarzuty o plagiat), bardzo lubię Damiena Hirsta. Po drugie, marzy mi się wyjazd do Londynu spędzony tylko i wyłącznie na chodzeniu po muzeach i galeriach ( i jest to marzenie ściętej głowy, przynajmniej narazie). Po trzecie, chyba właśnie najbardziej dlatego, ta rzeźba idealnie oddaje stan, w którym jestem. Czuje się jak lepkie, plastikowe krzesło, na którym usiadły muchy.

Dobranoc. Bzz. Bzz.

22:34, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 stycznia 2011
mała miss?

Te rozkładówki pochodzą z grudniowego wydania francuskiego Vogue'a (przepraszam za ten lekko zjełczały news). Cały numer gościnnie redagował Tom Ford, który na okładce zapozował z 15-letnią modelką. To akurat już w ogóle nie dziwi. Ale ta sesja z kilkuletnimi dziewczynkami wywołała poruszenie. Jedni piszą, że odważna, kontrowersyjna, a przez to przyciągająca. Inni wprost, że to realizacja marzeń pedofila i 'gdyby Ford nie był gejem nie uszłoby mu to na sucho' (to wierny cytat jednego z internautów). A wy co sądzicie? Oburza was to jakoś? Jest wam obojętne? Podoba się?

Mam córkę w tym wieku i tak, jak nie miałabym nic przeciwko temu, żeby przebierała się w dorosłe ubrania, buty i biżuterię, bo to przecież fajna zabawa,  tak już sam makijaż sprawia, że czułabym się nieswojo. A tu jeszcze ta stylizacja, miny, pozy, spojrzenia w obiektyw i zero uśmiechu. Nie mam wcale przekonania, że one jakoś się świetnie bawią. Ale pewnie nie o to chodziło...

 

14:19, jucatuitam
Link Komentarze (5) »
czwartek, 06 stycznia 2011
wstań i idź

Korzyści: ten rodzaj aktywności fizycznej jest dostępny za darmo, prawie dla wszystkich, bez względu na wiek i formę. Nie potrzeba drogich karnetów na siłownię, wypasionego klubu, najnowszego sprzętu i super butów. Wystarczą wygodne.

Minusy: potrzeba tylko czasu i chęci. Mowa o chodzeniu na piechotę.

Na całym świecie organizacji, które propagują chodzenie powstaje coraz więcej, bo ekologiczne (nie używając samochodu, albo łącząc spacer z korzystaniem z transportu miejskiego oszczędzamy emisję dwutlenku węgla), zdrowe (zapobiega otyłości, cukrzycy, chorobom serca, wzmacnia mięśnie), poprawia nastrój i działa antydepresyjnie. Spacerując można rozwiązywać problemy, wpadać na świetne pomysły, albo wręcz przeciwnie- nie myśleć, tylko medytować. Można słuchać muzyki, audiobuków i prowadzić rozmowy biznesowe, jeśli zależy nam na tym, żeby czasu tracić jak najmniej... 

W Anglii, od kilku lat na początku maja organizowany jest tydzień chodzenia na piechotę do pracy (Walk to Work Week). W zeszłym roku wzięło w nim udział ponad 10 tysięcy ludzi, w tym już zapisało się ponad 12 tysięcy. Ja też chciałabym Was do tego zachęcić. Sprawdźcie chociaż raz, ile czasu zajmie Wam dojście do pracy na piechotę. Ten pomysł może się wydawać z założenia absurdalny, ale sprawdzcie, bo niewykluczone,  że szybkim marszem dotrzecie w ciągu pół godziny, a nawet szybciej niż autbus, czy samochód, który stoi w korku. Jeśli dystans na zdrowy rozum przekracza Wasze możliwości, spróbujcie wysiąść parę przystanków wcześniej, albo pójdźcie na przystanek, który jest dalej od domu.

Po co? Po to, żeby rozpocząć dzień w lepszym nastroju, zamiast podnosić go sobie kawą i batonikiem, ekhm. Szczególnie zimą, kiedy światła jest tak niewiele, dzień szybko się kończy i większości z nas brakuje ruchu, te darmowe endorfiny naprawdę się przydadzą.

Lekarze mówią, że żeby chodzenie przyniosło jakieś wymierne korzyści- mamy na nie poświęcić 30 minut 5 razy w tygodniu. Eksperci od fitnessu twierdzą, że spacer osiągnie rangę wysiłku sportowego jeśli będziemy chodzić szybkim krokiem, a żeby w ogóle miało to sens- powinniśmy przejść 10 tysięcy kroków dziennie, czyli 8km. Ale to dużo. (przeciętnie robimy 2, 3 tys. kroków, czyli 3 razy mniej.) i zwykły śmiertelnik potrzebuje ok.1,5 godziny na przejście takiego dystansu. Chyba, że zaczniemy liczyć każdy krok-od wstania z łóżka do położenia się spać, tak jak pewna dziewczyna z londyńskiego biura, która promuje chodzenie na stronie tamtejszego NFZ-u. Jeśli tak podejdziemy do sprawy, to przestaje to być takie nieosiągalne.

Także wstańcie i liczcie kroki! I piszcie, jak Wam idzie:-) A może ktoś z Was chciałby zorganizować Tydzień Chodzenia na Piechotę do Pracy po polsku?

http://www.nhs.uk/video/pages/medialibrary.aspx?Page=3&Filter=&Id={143A27A7-7513-43CE-913B-2EB4F06EC80C}&Tag=Fitness&Uri=video%2f2007%2fsept%2fPages%2f10000stepschallenge.aspx

 Tu Brytyjscy autorzy o zaletach spacerów oraz o tym, jak ma się pisanie do chodzenia:

http://www.guardian.co.uk/global/2010/nov/16/in-praise-of-daily-walk?INTCMP=SRCH

12:54, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
środa, 05 stycznia 2011
gazeta już nie ta

Fascynują mnie te dynamiczne zmiany na rynku prasy. Próbując za nimi nadążyć, czuję się tak, jakbym piechotą postanowiła przejść dystans maratonu i jednocześne chciała zmieścić się w 5 godzinach. Niemożliwe, więc ledwo zipię. Teraz czekam na to, co przyniesie start najnowszego przedsięwzięcia medialnego rekina- Ruperta Murdocha. Jego spółka Newscorp. na 17 stycznia zapowiedziała debiut codziennej gazety cyfrowej, przeznaczonej tylko i wyłącznie na iPada (bez wersji papierowej). Dziennik o orginalnym tytule- 'The Daily' ma kosztować w prenumeracie ok.4,25$ za miesiąc. Murdoch zainwestował w projekt ok.30 mln. dolarów, zatrudnił setkę ludzi (w tym wybitnych redaktorów podkupionych z The New York Times, The Wired a nawet The Guardian) i czeka na sukces. Czy się doczeka? Ciekawa jestem. Nawet jeśli poniesie porażkę, to chyba nie zbiednieje...

Sukcesy, już od kilku miesięcy, odnosi za to młody portugalski dziennik i (wychodzi od maja 2009r.) To niezwykła, innowacyjna gazeta, która obrała przeciwny kierunek. Jest wydawana na papierze, ale wykorzystuje design charakterystyczny dla produktów internetowych. Bierze pod uwagę to, że sposób wyszukiwania, czytania i przyswajania informacji, dzięki nowym technologiom, się zmienił. Rozumie, że czytelnicy większą uwagę przywiązują do tego, jak tekst jest złamany, zilustrowany, jaką ma infografikę. Wie, że czytelnika, który na codzień korzysta z facebooka, twittera, porozumiewa sie przy pomocy smsów i maili- długie treści męczą i nużą. i została już zauważona i doceniona na światowym rynku wydawniczym i w zeszłym roku zdobyła główną nagrodę w konkursie na najlepiej zaprojektowaną gazetę codziennę w Europie.

Tak wyglądają przykładowe strony w gazecie:

Podoba mi się ten kierunek Portugalczyków, bo mam wrażenie, że większość energii na rynku wydawniczym skupia się na tym, żeby stworzyć jak najwięcej bytów i treści w sieci, a niewiele osób ma pomysł na to, jak wykorzystać potęgę nowych technologii w realu.

Paper is not dead!;-)

a tu gazeta i w wersji online: www.ionline.pt

 

14:09, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 stycznia 2011

Bretania, rybacy. ok.1900r.

Marynka i Bogdan Jaroszowie, zakład fotograficzny ABC, Łódź, 1912r.

Kolejne muzeum udostępnia swoje archiwa online. Tym razem chodzi o Muzeum Historii Fotografii z Krakowa. Od niedawna w internecie możemy obejrzeć prawie 10 tysięcy zdjęć z zasobów muzeum, dowiedzieć się m.in. czym jest dagerotyp, papier solny, albuminowy, kolodionowy, cyjanotyp, obejrzeć, jak wygląda obiektyw portretowy z XIXw. i czym różni sie aparat atelierowy od podróżniczego. W świecie, który opanowała fotografia cyfrowa, wyprawa do tego muzeum to prawdziwie sentymentalna podróż. Nawet jeśli tylko wirtualna;-)

strona muzeum: http://www.mhf.krakow.pl/

16:25, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 stycznia 2011
kociak miesiąca

Pirellii? Lavazza? Jaki kultowy kalendarz chcielibyście powiesić na ścianie?

Na zdjęciu powyżej pozuje Pan Patootie, Kociak Grudnia z kalendarza amerykańskiej marki odzieżowej United Bamboo. (www.unitedbamboo.com). Wśród nowojorskich fashionistów, to właśnie ten kalendarz jest numer jeden.

A tu modelki z zeszłorocznego kalendarza.

Ubrania zaprojektowane przez United Bamboo, z linii ready-to-wear, są szyte specjalnie na tę okazję w kociej skali, zachowując wszystkie proporcje. A dalej jest jak w sesji do każdego profesjonalnego kalendarza: casting, zdjęcia próbne, make-up, fryzury i żmudna, ciężka praca. 

Nie wiem, czy miały miejsce jakieś protesty obrońców praw zwierząt. Chyba nie.

 

14:36, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
niech was śnieg nie zasypie

A w ogóle to Szczęśliwego Nowego Roku!

Jako Stara Balia, życzę Wam, żebyście nie przestawali marzyć i żebyście podążali za swoimi marzeniami, jakkolwiek byłyby nierealne. Bo podobno cuda się zdarzają, to raz. Dwa- nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli czegoś się bardzo chce. A  mój bardzo rozsądny i mądry przyjaciel dodałby- jeśli się chce i ruszy się d... (Dzisiejsza notka jest sponsorowana przez Paulo Coelho;-)).

Nie będę Wam zdradzać swoich marzeń, bo każdy ma granice swojego ekshibicjonizmu, nawet blogerzy. Powiem tyle, że z mężem wciąż, nieustannie w zasadzie od lat 6, kłócimy się o to, czyje marzenia są bardziej nierealne i wygarniamy sobie nawzajem, że to "okropna strata czasu, weź lepiej może pozmywaj/wyrzuć śmieci/ zajmij się dziećmi, zamiast myśleć o niebieskich migdałach". To jednak nie działa. I zarówno Mąż, jak i ja, oddalamy się w odległe krainy, od czasu do czasu, zapominając o tym, co tu i teraz. Te przywoływania do porządku i do rzeczywistości nic jednak (na szczęście) nie dają. Bo z marzeń nie wolno rezygnować. Co prawda (na razie) nic z nich nie wynika. Ale są, mają się nieźle i co roku, właśnie mniej więcej w tym okresie, przechodzą proces weryfikacji.

Myślę sobie, czy ta kłótnia, w ogóle ma sens i czego tak naprawdę dotyczy. Przecież taka jest natura marzeń- mogą być absurdalne, nierzeczywiste, jeśli nam się podoba, dziwaczne i nieosiągalne. A jeśli ma być konkretnie, realnie i na wyciągnięcie ręki,  to to są chyba raczej plany, niż marzenia? Czyż nie?

Życzę Wam w każdym razie, żebyście się nie poddawali. Snuli swoje wizje, wierzyli w nie i odkurzali je, nawet jeśli inni Wam mówią, że to nie ma sensu, że jesteście śmieszni, dziecinni, głupi i oderwani od rzeczywistości. A potem małymi krokami, po cichu, tup, tup, tup, doczłapiecie tam, gdzie chcecie.

 

13:09, jucatuitam
Link Komentarze (2) »