RSS
czwartek, 17 lutego 2011
niania i stary Rolleiflex

To jedna z tych historii o przypakowym znalezisku, które w miarę upływu czasu prowadzi do odkrycia niezwykłej opowieści o zwyczajnym człowieku. O Vivian Maier pisali już na blogach pasjonaci fotografii, a na początku lutego, w Przekroju, ukazał się duży tekst na jej temat-"Mary Poppins z aparatem" Kuby Dąbrowskiego (tu przy okazji pozwolę sobie napisać, że jestem fanką tekstów K.D., co i tak nie ma najmniejszego znaczenie, bo on na mojego bloga z pewnością nie zagląda, więc mogę smarować wazeliną do woli).

Maier pochodziła z rodziny imigrantów austriacko-francuskich, którzy osiedlili się w Nowym Jorku. Po kilkuletnim epizodzie we Francji, wróciła do Ameryki i zamieszkała w Chicago. Wiele lat pracowała jako niania, opiekując się dziećmi zamożnych mieszkańców Chicago, a w tzw. czasie wolnym- fotografowała: ulice, ludzi, ludzi, ulice i emocje. Jej podopieczni po latach opowiadali, że uwielbiała teatr, kino europejskie i nie znosiła hollywoodzkich produkcji. Podobno była zagorzałą antykatoliczką i feministką. Była samotna i chyba tak chciała.

Na karton zawierający kilkaset negatywów jej zdjęć trafił kilka lat temu, na aukcji, pewien agent nieruchomości-John Maloof, który z kolegą planował napisać książkę o polskiej dzielnicy Portage Park i szukał archwialiów, które pomogą mu uzupełnić wiedzę. Maloof schował pudełko do szafy, bo klisze w sumie wydawały mu się bezwartościowe, ale dwa lata temu do nich powrócił, odkrył je na nowo i się nimi zachwycił. Stał się jedynym spadkobiercą wszystkich zdjęć Maier i do tej pory skatalogował ich prawie 100 tysięcy (na kliszach, rolkach, odbitkach). Założył bloga www.vivianmaier.blogspot.com, gdzie można obejrzeć część tej kolekcji. Na żywo, do 3 kwietnia ma miejsce wystawa jej zdjęć w Chicago Cultural Center.

Vivian Maier zmieniła życie Johna Maloofa. Został jej agentem, reprezentuje ją przed kolekcjonerami, muzeami, galeriami na cały świecie. Ona nie miała szansy powiedzieć, czy tego właśnie by sobie życzyła.  Nigdy przedtem nie zabiegała o popularność. Zmarła w 2009 r. w domu opieki, tuż przed tym, kiedy Maloof przeżył swój zachwyt jej fotografią.

autoportret (podobno miała 180cm wzrostu)

wszystkie zdjęcia pochodzą z www.vivianmaier.blogspot.com

 

 

00:04, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 lutego 2011
kino na piśmie

Od kilku lat zamiast chodzić do kina, w zasadzie głównie czytam o filmach, które wchodzą bądź wejdą niedługo na ekrany. Nie jest to porównywalna przyjemność, ale nadal przyjemność.

Tym, którzy chcieliby być teraz w Berlinie, ale są gdzie indziej, polecam:

www.berlinale2011.blox.pl (relacja wysłanników Gazety)

http://www.exberliner.com/blogs/the-blog (relacja Amerykanów od lat mieszkających w Berlinie)

 

12:30, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 lutego 2011
o małżeństwie

Bardzo lubię felietony Tim'a Dowling'a w weekendowym dodatku do Guardian'a (czytam je oczywiście w sieci pod tym adresem: http://www.guardian.co.uk/profile/timdowling+lifeandstyle/series/timdowlingsweekendcolumn).

Dowling jest Amerykaninem, który ożenił się z Angielką i zamieszkał w Londynie (na górnym zdjęciu to właśnie on z żoną, która odmawia pokazania twarzy). Ma trzech synów w wieku szkolnym i od ponad trzech lat pisze do Guardian'a o sobie, żonie, dzieciach i perypetiach życia rodzinnego. Ma wielu fanów i chyba jeszcze większe grono tych, którzy go nie znoszą. (Dowling napisał również powieść o dziennikarzu, który wrzuca swoje nazwisko do wyszukiwarki internetowej, po czym dowiaduje się, że istnieje jakiś klub, którego członkowie szczerze go nienawidzą i poświęcają tej nienawiści cały swój wolny czas).

W ostatnim przedwalentynkowym odcinku Dowling opisał, jak razem ż żoną został wysłany przez redakcję do guru małżeńskiej terapii w Wielkiej Brytanii- Andrew G Marshall'a. Dowling twierdzi, że powód był jeden: razem z żoną zgadzają się, że są udanym małżeństwem, ale czytelnicy w listach, mailach i komentarzach wielokrotnie dali wyraz swoim wątpliwościom, co do jakości ich związku. "Stary, weź się rozwiedź"- taką radę Dowling dostał nieraz. Jedni zwalali winę na Dowlinga i jego nieznośny egocentryzm i niedojrzałość, inni obwiniali żonę, która rozstawia go po kątach, trzyma wszystko w żelaznej dłoni i jest odporna na kompromis. Jeszcze inni uważają, że cały ta rubryka jest do d..., a felietony Dowlinga to zwykłe dziennikarskie wypociny.

Może-pomyślał Dowling na początku tego roku- jest coś, czego my, jako małżeństwo nie widzimyw naszym związku, coś, co przesądza o tym, że jest on jednak toksyczny i powinniśmy się tym zająć? Terapia przecież nie może zaszkodzić, prawda? Może powinniśmy udać się do specjalisty, który oceni faktyczny stan naszego małżeństa, tak jak się robi badania okresowe? I tak też zrobili. (Moja hipoteza jest taka, że Dowling, a właściwie redakcja potrzebował ciekawego, świeżego felietonu około- walentynkowego i ten pomysł  idealnie mu podpasował).

Relację z tego eksperymentu czyta się na jednym wdechu. Jest zabawna, bo Dowling ma poczucie humoru i lekkie pióro, ale też daje do myślenia. Po pierwsze, ludzie, którzy obserwują nasze związki z zewnątrz nic tak naprawdę o nich nie wiedzą, nawet jeśli im się wydaje inaczej. Co więcej, my sami możemy mieć nikłą wiedzę na temat aktualnego stanu naszego związku, szczególnie jeśli przestaliśmy się nim zajmować na poważnie X lat temu. Terapia, wbrew pozorm, może zaszkodzić, jeśli za szkodę uważamy jakąś refleksję i zmiany. Wtedy może prowadzić nawet do katastrofy. Po trzecie, to jest jednak niesamowite jak obecność trzeciej osoby, która zna się na rzeczy, może sprzyjać wyznaniom, o które sami siebie nawet nie podejrzewaliśmy...

Małżeństwo Dowlinga okazało się na szczęście wystarczająco dobre, ale też jak stwierdził terapeuta, mogłoby być dużo lepsze. Rady na przyszłość? "Wyobraź sobie, że wszystko co mówi twój partner jest prawdą" (to dosyć trudne, zwłaszcza w kłótni, ale podobno pozwala zmienić perspektywę o 180 stopni) oraz "wasz związek ma większy potencjał do miłości niż wam się wydaje"- ta diagnoza, z kolei, daje nadzieję i jest dosyć odświeżająca.

Tutaj felieton w całości (zachęcam również do przeczytania komentarzy)

http://www.guardian.co.uk/lifeandstyle/2011/feb/12/tim-dowling-relationship-therapy

A tu guru terapii małżeńskiej na Wyspach. Osobiście nie odważyłabym się do niego pójść. Ale jest cała masa ludzi, która wierzy w każde słowo z ust tego człowieka. Ba, w każdy przecinek, kropkę i wykrzyknik. (wykrzynik wyceniam na jakieś 50 funtów).

15:09, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 lutego 2011
zamiast głodówki

Różne są formy strajku: głodowy, włoski, pasywny, japoński itd. Jest też strajk, o którym słyszę poraz pierwszy w szerszym kontekście (myślałam do tej pory, że jest on zarezerwowany dla prywatnej sypialnii). To protest, który polega na odmawianiu seksu. Okazuje się, że  jest on stosowany jako forma nacisku społecznego na większą skalę...

W czerwu zeszłego roku w Belgii miały miejsce wybory. Od ponad 240 dni partie polityczne nie są w stanie się dogadać i stworzyć rządu koalicyjnego. Obywatele są poirytowani, sytuacja jest niepewna, a rozwiązania nie widać. Senator, czonkini partii socjalistycznej, a prywatnie pani doktor, ginekolog- Marleen Temmerman (na zdjęciu) - wezwała żony i partnerki głównych negocjatorów do podjęcia strajku seksualnego w ramach patriotycznego obowiązku. To ma zmobilizować polityków do ostatecznego wyjaśnienia sytuacji. Czy zadziała?

Podobne protesty miały miejsce w historii światowej polityki niejednokrotnie. W Kolumbii, 5 lat temu, dziewczyny czonków gangów narkotykowych podjęły synny strajk 'skrzyżowanych nóg', czekając aż ich partnerzy zawieszą broń i powstrzymają się od przemocy. Kobiety z Neapolu zrobiły to samo w 2008r. próbując powstrzymać mieszkańców przed zbyt hucznym świętowaniem sylwestra, podczas którego co roku ginęło kilka osób, a kilkadziesiąt było rannych. Sukcesem zakończył się podobny strajk dwa lata temu w Kenii. Po tygodniu rząd został uformowany.

Jest jednak coś strasznego w tym pomyśle. Coś poniżającego (dla obu płci) i archaicznego, ale może za to skutecznego? Cel przecież uświęca środki.

Temmerman twierdzi, że 80% reakcji na jej postulat było pozytywnych. Pozostałe 20% osób brakuje po prostu poczucia humoru.

 

13:14, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 lutego 2011
lista lektur obowiązkowych

Z wierzchu książka, a w środku...kopertówka albo kosmetyczka. Autorką kolekcji ręcznie robionych torebek inspirowanych najznakomitszymi dziełami klasyków literatury jest francuska projektantka Olympia Le-Tan (pozuje ze Steinbeckiem w ręku). Le-Tan od dziecka zbiera rzadkie wydania najsłynniejszych powieści i do tej pory wykonała torebki na postawie 21 z nich (w 16 egzemplarzach każdą). W środku znajduje się mała metka: "Wykonano ręcznie z miłością w Paryżu". Taka miłość kosztuje 1087 euro za sztukę.

więcej tutaj: http://www.olympialetan.com/

a tutaj jeszcze akcent polski:

Ja poproszę taką:

 

21:31, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 lutego 2011
laptop i krowie łajno

Hej ho!

Zakochałam się w jednym blogu. A raczej w jego autorce. Padam do jej stóp i jestem pełna uznania dla powagi z jaką podeszła do pisania swojego bloga oraz poziomu jej profesjonalizmu. A teraz po słowie wstępu-meritum.

Nazywa się Ree Drummond. Jest Amerykanką i prowadzi jednego z najbardziej popularnych blogów w Stanach Zjednczonych ( mieści się w pierwszej 25-ce najlepszych blogów wytypowanych przez magazyn Time)- www.thepioneerwoman.com. "Zwierzenia pionierki" to zapis metamorfozy, jaką przeszła Drummond , od wielkomiejskiej, trochę snobistycznej i ambitnej singielki (która zajadała się sushi i marzyła o pracy w korporacji w Chicago) po żonę farmera, gospodynię domową na ranczu w Oklahomie, oraz mamę czwórki dzieci. Drummond dzisiaj, po 5 latach pisania bloga, stała się celebrytką, nie tylko internetową. Wydała trzy bardzo popularne książki (kucharską, romans na prerii oraz książeczkę dla dzieci o basecie Charliem)- wszystko to z życia wzięte. Aktualnie pisze kolejną książkę, skończyła kurs fotografii i sama zaczęła doradzać fotografom-amatorom jak robić dobre zdjęcia.

Ludzie ją kochają, bo wydaje się autentyczna, szczera, ciepła i jest uosobieniem American Dream, który się ziścił, a do tego realizuje się jako spełniona gospodyni domowa, matka wielodzietna, nauczycielka swoich dzieci (bo uczą się na ranczu) i to są wartości, do których dzisiejsza Ameryka chętnie wraca i o których chętnie rozmawia. Drummond ma także poczucie humoru i dystans do siebie- cecha porządana wśród autorów blogów, dość rzadka;-) Pod notkami jest po kilkaset komentarzy.

Poniżej szanowny mąż, o którym Drummond mówi: Marlboro Man (zaznaczając, że w przeciwieństwie do człowieka z reklamy, jej mąż nigdy nie wziął papierosa do ust;-)

Ps. po chwili zastanowienia, dochodzę do wniosku, że nie będę tam jednak za często zaglądać. Jej blog mnie dołuje. Ona jest zbyt idealna! Nie dość, że czwórka dzieci, ranczo, stado krów, to jeszcze nauczy dzieci matematyki i geografii, ugotuje Czerwone Curry z Kaczki, profesjonalnie to wszystko obfotografuje, opisze na blogu, i jeszcze napisze zgrabną książkę dla dzieci. A do tego świetnie wygląda. Jestem pewna, że na tym ranczu jest mała chatka, a w tej chatce- niania, dwie gosposie, pielęgniarka i kosmetyczka. Po prostu nie może być inaczej!

22:01, jucatuitam
Link Komentarze (3) »
ta kanapka cię nie zabije

a co cię nie zabije, to cię wzmocni- mówią

Pędzę na dworzec, na pociąg do miasta P. Włosy mam mokre, zalewam się przed wyjściem z domu wrzącą kawą, ale śniadanie wydane, dzieci ucałowane, pędzę, myślę: zjem coś na dworcu, rozsądnie by było coś zjeść. Kupuję kanapkę z serem i szynką w porządnej sieciówce. Jem, bezmyślnie wgapiając się w tablicę z informacją o odjazdach. Przeżuwam i odruchowo patrzę na nalepkę z informacją o składzie na pustym pudełku po kanapce. Okazuje się, że wcale nie zjadłam zwykłej kanapki "z serem i szynką", zjadłam za to:

pieczywo (mąka pszenna zawierająca gluten, woda, rozdrobnione ziarna pszenicy i  żyta, drożdże, sól, ocet, białka pszenicy, emulgatory mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem mono- i diacetylowinowym, tłuszcz roślinny, dodatek do mąki: kwas askorbinowy), pomidor (19%!), polędwica wieprzowa (polędwica, woda, sól, białko wieprzowe kolagenowe, stabiliziatory: trifosforany, cytrynian sodu, białko sojowe, wzmacniacz smaku: glutaminian sodu, cukier gronowy, izoskorbinian sodu, azotyn sodu), ser radamer ( w którym poza serem jest również chlorek wapnia, barwnik annatto, lizozyzm), sałata, majonez (kolejna długa i bolesna lista substancji wchodzących w skład majonezu), sól, jajo kurze, zagęstnik: guma kasztanowa, sorbinian potasu, koncentrat soku z cytryny, a do tego jeszcze: sól wapniowo-disodowa, barwnik: beta-karoten i hurra!: papryka czerwona.

Po tej lekturze poczułam się conajmniej nieswojo. Poczułam się właściwie tak, jakby zaatakował mnie znienacka wirus grypy. Na szczęście, to była tylko chwilowa histeria, spotęgowana przez półgodzinne opóźnienie pociągu...

(ciekawostka, w języku angielskim kanapka składa sie tylko z : wheat bread, tomatoes, pork loin, radamer cheese, endive, mayonnaise, red pepper.)

I myślę sobie, że szczęśliwi, którzy nie wiedzą, albo wiedzą mniej (również ci, którzy znają mniej języków). Szczęśliwi ci, którzy nie analizują, nie wgłębiają się, nie rozkładają na czynniki pierwsze, nie dociekają bez przerwy przyczyn i nie wyciągają wniosków. Od tego wszechogarniającego nadmiaru wiedzy zaczniemy kiedyś padać, jak muchy. i nie chodzi przecież o listę składników na produktach spożywczych (chociaż na pewno też). chodzi o tzw. całokształ, o życie chodzi...

 A po przyjeździe do P. odbyłam bardzo ciekawą rozmowę, dzięki której przypomniały mi się m.in. początki internetu w Polsce, zamierzchłe czasy sprzed fejsbuka, naszej-klasy, a nawet portali informacyjnych i gazet  internetowych. Czasy bez stałego łącza , czasy wolnych siermiężnych komputerów. A to tak niedawno było.

 

00:15, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »