RSS
poniedziałek, 29 listopada 2010
o biedzie dla dzieci

Bardzo ciekawa jestem tej książeczki i bardzo się cieszę, że ktoś wpadł na ten pomysł. Książkę wydała Krytyka Polityczna i można dostać ją za darmo w świetlicach Krytyki, w Gdańsku, w Cieszynie oraz w Nowym Świecie w Warszawie. Jest również dodawana za darmo do zakupów w księgarni Krytyki online.

Ze strony KP:

"W naszym pierwszym małym przewodniku tłumaczymy, skąd bierze się bieda i co z niej wynika. Opowiadamy o jej konsekwencjach w szkole i w domu, przedstawiamy mity związane z ubóstwem i pokazujemy, jak można je zwalczać. W tę niełatwą, choć potrzebną podróż, dzieci zostaną zabrane przez Hannę Gill-Piątek i Henrykę Krzywonos.

Bieda to nie jest tylko brak pieniędzy. Wiąże się z nią dużo gorszych rzeczy. Wstyd, że nie mam tego, co inni. Złość i poczucie poniżenia, kiedy porównuję się z rówieśnikami. Przecież ich rodzice kupują im drogie prezenty, którymi lubią się chwalić przed całą klasą. Pewnie czujesz, jakie to musi być trudne. A przecież ubóstwo nie jest nigdy winą dziecka."

O autorkach:

Hanna Gill-Piątek - działaczka społeczna i polityczna. W latach 2005-2008 liderka lokalnych stowarzyszeń warszawskich walczących o niewprowadzanie tras ekspresowych w gęsto zabudowane osiedla. Razem z mężem Tomaszem Piątkiem współzałożycielka Obywatelskiego Forum Dostępu do Książki (2010). Pracuje zawodowo jako graficzka, art directorka i brand managerka. Jest matką 15-letniego Martyna. Współpracuje z Krytyką Polityczną.

Henryka Krzywonos - uczestniczka i organizatorka gdańskich strajków w 1980 roku, sygnatariuszka Porozumień Sierpniowych. Jej słowa „ten tramwaj dalej nie pojedzie”, wypowiedziane 15 sierpnia 1980 roku do pasażerów, rozpoczęły strajk komunikacji w Gdańsku. Przez wiele lat prowadziła rodzinny dom dziecka, założyła fundację pomagającą rodzinom w potrzebie. Na Kongresie Kobiet w 2009 roku otrzymała tytuł Polki Dwudziestolecia. 

Anna Pluta - studentka grafiki Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie (dyplom licencjacki 2010). Od 2009 współorganizatorka Świetlicy Krytyki Politycznej w Cieszynie.

A poza tym. Nie ma o czym gadać. Słabizna, choroba, i cztery ściany.

12:14, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 listopada 2010
spalam się

A ja się cieszę z tego zakazu palenia w knajpach i miejscach publicznych mimo, że sama palę. Cieszę się, że ludzie niepalący przestaną być narażeni na smród papierosów, że młodzi ludzie, którzy pracują jako barmani, kelnerzy, menedżerowie restauracji przestaną pracować po 12 godzin dziennie w warunkach zagrażających zdrowiu, że astmatycy i alergicy wreszczcie będą mogli zjeść obiad, albo napić się kawy tam, gdzie im się żywnie podoba. Ja mogę wyjść przed lokal i korona mi z głowy nie spadnie. Chciałabym też rzucić palenie, na razie brakuje mi jaj.

Argumenty w stylu: to zamach na demokrację, koniec cywilizowanego świata, oraz tępienie intelektualistów wydają mi się rozdmuchane. Zaskakuje mnie, że osoby publiczne, autorytety, wykładowcy piszą emocjonalne tyrady w obronie palenia, posiłkując się tak mocnymi sformułowaniami, jak 'ja, Murzyn świata” (Jacek Żakowski) oraz ”Papieros to kultura. Teraz ją zamykamy.' (Magdalena Środa).

Wczorajszy felieton Magdaleny Środy 'Prawo do papierosa' naprawdę mnie zdziwił. Tym bardziej, że jest osobą niepalącą. Pisze: ”Papieros  był nie tylko narzędziem potencjalnej śmierci, ale też symbolem kultury pewnych czasów, kultury intelektualnej, duchowej, politycznej” oraz 'Nie znam intelektualisty, który by nie palił. Nie pamiętam ważnych, gęstych dyskusji, które nie odbywałyby się wśród papierosowego dymu, nawet przy wewnętrznym zakazie palenia, jaki narzucała gospodyni domu, a tak zwane wyjścia na papierosa przynosiły rewolucyjne myśli(...). Może i tak było. BYŁO. Znam intelektualistów, którzy już dawno zamienili papierosy na bieganie, a wódkę na hebratę (zieloną w dodatku) i jakoś nie zmniejszył ten fakt ruchliwości ich szarych komórek. Argument, że papieros to kultura, a nowa ustawa to zamach na nią wydaje mi się absurdalny. Zmuszanie osób niepalących do wdychania śmierdzącego dymu (bo chyba nawet ci, którzy palą nie powiedzą, że papierosy pachną) to raczej brak kultury. (Oczywiście, jak komuś palenie przeszkadza to mógł sobie chodzić do knajp, gdzie się nie pali- na przykład do McDonalda albo pić kawę z plastiku w jednej z sieciówek).

Chcę wierzyć, że  jakość intelekutalnych dyskusji nie zależy od ilości wypalonych paczek. (Ani od litrów wypitej wódki- bo ten argument też w naszej szerokości georgraficznej mógłby paść).

Ta ustawa nie jest dobra. Jest nieprecyzyjna, zbyt rygorystyczna. To, co do mnie trafia to na przykład zakaz palenia na terenie szpitali psychiatrycznych. Psychiatrzy są zaniepokojeni, bo wielu pacjentom nie sposób wytłumaczyć, że 'tu' palić niewolno. Wielu nie może opuścić budynku szpitala. Podobnie jest z pacjentami zwykłych szpitali, którzy nie będą mogli nawet dojść do miejsca, w którym będą mogli zapalić. Ale to, że nie będzie można zapalić nigdzie w pociągu już mnie specjalnie nie boli. Od lat zakaz palenia funkcjonuje w liniach lotniczych i palacze jakość żyją mimo, że loty transatlantyckie trwają po kilkanaście godzin, a czasem i dobę.

A tu pamiątka z wyjazdu do Sydney. Paczka papierosów za równowartość 45 złotych. Nie byłam w stanie jej otworzyć przez dwa dni, mimo, że bardzo chciało mi się palić.

11:32, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
środa, 10 listopada 2010
historia pewnego urządzenia

A w Londynie kręcone są właśnie zdjęcia do filmu "Histeria", w której gra m.in. Maggie Gyllenhaal (nominowana ostatnio do Oscara za rolę dziennikarki w "Szalonym sercu"oraz prywatnie siostra Jake'a Gyllenhaala-kowboja z "Brokeback Mountain"). W filmie w głównych rolach występują jeszcze: Jonathan Pryce i Rupert Evert.

O "Histerii" w branży mówi się -"ten film o wynalazcy wibratora". I pewnie w tym stylu będzie reklamowany w przyszłym roku, kiedy ma mieć premierę. Publiczność, podejrzewam, dopisze. To romantyczna komedia, z wiktoriańskim Londynem w tle i prawdziwą historią lekarza, który zajmował się leczeniem "histeryczek" przy pomocy tradycyjnych, dla owych czasów, metod- czyli poprzez wzbudzanie i rozładowywania podniecenia. Jak? Łatwo się domyślić. Lekarz ten przypadkiem w 1880 roku wynalazł wibrator, który już opatentowany, na przełomie wieków trafił pod strzechy i dołączył do innych sprzętów gospodarstwa domowego na prąd- takich jak maszyna do szycia, czajnik i toster. Ale znalazł się tam jeszcze przed żelazkiem i odkurzaczem. Wibratory reklamowano w Stanach jako "manipulatory" (pierwsze były napędzane parą), urządzenie do masażu, pomoc do masowania, przede wszystkim jako zwyczajny sprzęt domowego użytku. Dopiero trochę później zaczęły się pojawiać w innym kontekście.

Pierwsze wyglądły mniej więcej tak. Ekhm...

A tak wyglądała jedna z reklam

 

Maggie Gyllenhaal z Jeffem Bridgesem w "Szalonym sercu"

 

23:10, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 listopada 2010
I nie będziesz różu nosił!

Mam dwoje małych dzieci, chłopca i dziewczynkę. I codziennie obserwuje, jak zaczynają przejawiać różne "chłopackie" lub "dziewczyńskie" zachowania, nie zawsze przypisane swojej płci. I stale łamię sobie głowę na tym, ile tu kultury, ile natury, ile jakiś nieświadomych przekazów- chociaż akurat moje dzieci mają bardzo męską mamę i dość kobiecego tatę, więc nie wiem, jak się w tym wszystkim połapią. No, ale np. mój syn od maleńkiego uwielbia samochody, ciężarówki, dźwigi i auta. Może godzinami siedzieć w wózku i wgapiać się w koparkę, która pracuje niepodal naszego domu. I skąd to zamiłowanie do motoryzacji? Nie wiem, bo trafił do domu, gdzie były prawie same lale, misie, klocki i mnóstwo kredek i farb, ale aut żadnych nie było. Ani tata, ani mama, ani babcia, ani dziadek nie są pasjonatami motoryzacji. Córka za to absolutnie żadnych zamiłowań w tym kierunku nie przejawia, za to od kiedy pamiętam uwielbia się bawić lalkami, ludzikami, którzy prowadzą ze sobą niekończące się rozmowy. Jeśli buduje z klocków to domy (syn buduje garaże, albo biega ze  śrubokrętem po mieszkaniu szukając śrubek do przykręcenia lub odkręcenia), a wśród jego ulubionych słów jest "tlaktol" i "odklęć". Nie muszę dodawać, że u nas w domu nikt nie potrafi nawet przybić gwoździa, więc skąd to?. Oboje genralnie lubią budować wielopiętrowe konstrukcje z klocków, rysować i tańczyć, z czego synek bardziej. Córeczka ma w przedszkolu balet, który lubi, ale chyba jeszcze bardziej lubi karate, na które równie chętnie, co chłopcy chodzą dziewczynki. Na balet za to nie chodzi żaden chłopiec. Jakiś czas temu powiedziałam mężowi, że może fajnie by było zapisać synka na balet, kiedy pójdzie do przedszkola, skoro tak bardzo lubi tańczyć i tak fajnie mu to wychodzi. Mąż wytrzeszczył oczy i prawie udławił się herbatą: "Na balet?!!!Oszalałaś?". I to powiedział mój super-kobiecy mąż, który uważa, że mężczyźni mają gorzej i są dyskryminowani. A potem przypomniałam sobie, jak kiedyś mój kolega, tata dwójki dzieci, kiedy zobaczył, że młodszy synek ma na sobie różowe adidasy po siostrze, natychmiast pojechał do sklepu, różowe buty wyrzucił, a w zamian kupił mu czarne. Oraz minę mojego teścia, który przyszedł w odwiedziny i zobaczył synka w spódnicy, bo akurat bawiliśmy się z dziećmi w zakładanie różnych ubrań.  

No i tak. Rzeczywiście coś jest na rzeczy. Biedni ci chłopcy. Dziewczyny chodzą w bojówkach, w koszulkach w trupie czachy, jeżdzą na deskorolkach, chodzą na karate, a chłopcom nie wolno chodzić w różowych butach, zapisać się na balet, o zakładaniu sukienek nie wspominając. Nawet jak taki maluch ma kilka miesięcy i wystąpi w różowym body, to może się okazać, że jest jakiś...niemęski. A może coś jest w tym kolorze takiego, że wzbudza powszechną niechęć? Bo wiele dziewczynek ( a raczej ich mam) też się nim już nie zachwyca. Nie wiem. Na razie się przyglądam. Synek ostatnio chodzi na spacery w czerwonej pelerynce w Hello Kitty po siostrze. Bardzo ją lubi. 

 

22:53, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 listopada 2010
skrzynia pełna warzyw

Zagadka: co to jest? Ktoś wie?

Nie nie, to nie imbir;-).To słonecznik bulwiasty, tzw. topinambur.

Jestem chora. Ominie mnie dzisiejsze otwarcie Centrum Kopernika, na którym bardzo mi zależało oraz randka z mężem, więc postanowiłam sobie sprawić przyjemność. Siedzę przed komputerem i komponuję swoją skrzynkę super warzyw z certyfikatem na www.vegebox.pl. Przyjadą w przyszłym tygodniu pod same drzwi. A jakie niektóre z nich mają piękne nazwy: biedrzeniec, mizuna, musztardowiec, hokkaido. Częśc z nich musiałam "zguglować", bo nie miałam pojęcia, jak wyglądają ani, z czym je się je;-)

Jakby ktoś nie wiedział, co można zrobić z topinambura, to tutaj jest przepis:

http://www.vegebox.pl/przepis19.html

A tutaj dowiecie się co robi warszawska kooperatywa spożywców, która marchewką zwalcza kapitalizm:  http://spoldzielnia.post.waw.pl/zamowienia/spoldzielnia.php

 

 

20:10, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 listopada 2010
blog o dobrym życiu

 

Właścicielką tych zdjęć jest Yvonne Eijkenduijn, 35-letnia dekoratorka wnętrz, fotografka, stylistka, która razem z mężem Borisem i kotem BooBoo mieszka obecnie w XIX wiecznym domu w Lommel, w Belgii. Yvonne jest również autorką popularnego bloga o designie www.yvestown.com, na którym prowadzi dokumentację renowacji swojego najnowszego domu (wyremontowała ich już do tej pory kilka). Yvonne jest prawdziwą "złotą rączką"- nie tylko szyje, dzierga i maluje, również tapetuje, hebluje, odnawia meble, naprawia zepsute sprzęty, projektuje, tropi unikatowe przedmioty, urządza wyprzedaże garażowe. Ponadto kocha gotować, podejmować przyjaciół i kolekcjonować piękne przedmioty. Na jej bloga trafiłam przypadkiem i już zostałam. Nie podzielam jej gustu, czasem mnie mdli o nadmiaru różu i pistacji na jej zdjęciach, ale jestem zupełnie zakochana w tym, jak żyje i organizuje przestrzeń wokół siebie. Strasznie to wszystko ładne, estetyczne i radosne. Proste, dobre życie. Kiedy ma gorszy dzień, Yvonne zrywa tapetę i kładzie nową, albo stare krzesło przerabia na dzieło sztuki, i w ten sposób odreagowuje. Smutki zajada zupą z dyni, albo prawdziwą gorącą czekoladą z bitą śmietaną i cynamonem, którą serwuje w ładnym ręcznie malowanym kubku. Wakacje spędza na "nudnej" angielskiej prowincji, w hrabstwie Kent, bo odpowiada jej i duchem i stylistyką. Sama wcale nie przypomina gospodyni w angielskim stylu, która z miotełką do odkurzania, w fartuszku w różyczki krząta się po domu, obsesyjnie wstawiając wodę na herbatę. O nie. Yvonne podobna jest raczej do Fridy Kahlo- ma ciemne, kręcone włosy, grube, krzaczaste brwi i dość surowy wyraz twarzy. I za tę nieoczywistość też ją bardzo lubię.

A to jest właśnie Yvonne.

(wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony www.yvestown.com)

 

21:14, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »