RSS
piątek, 18 listopada 2011
Grająca z wilkami

Niesamowita. Magnetyczna. Genialna i piękna. (Ja wiem, że to niezbyt feministyczne podkreślać, że kobieta jest piękna, ale cóż poradzić na to, że jest tak piękna, że aż dech zapiera). Melomanom na pewno jest dobrze znana. Ja odkryłam ją dopiero teraz. Nazywa się Helene Grimaud i jest niezwykłą pianistką. Podobno, kiedy gra- widzi dźwięki, jako kolory.

Urodziła się w Aix-en-Provence we Francji. Twierdzi, że powinna była urodzić się jako chłopiec... Jako dziecko sprawiała problemy. Opowiadając o sobie zawsze przywołuje anegdotę o tym, jak w podstawówce przyszła raz do szkoły z nożykiem ojca do otwierania listów, z zamiarem zabicia nauczycielki, która niesprawiedliwie potraktowała koleżankę. Nożyk wypadł z tornistra i plan się nie powiódł, a Grimaud skończyła na dywaniku.

Jej rodzice- nauczyciele włoskiego- próbowali jakoś zagospodarować jej niespożytą, dziką energię: tu dżudo, tam tenis, tu lekcje tańca. Dziennikarzowi The New Yorkera wyznała, że nienawidziła każdego z tych zajęć z osobna, a najbardziej baletu. W wieku lat siedmiu trafiła na lekcje umuzykalniające dla dzieci. Okazało się, że ma genialny słuch i talent. Kiedy po raz pierwszy usiadła do fortepianu, to było to. Jej energia nie potrzebowała wytracania, tylko kierunku- tym kierunkiem była muzyka. Osiem klas szkoły muzycznej skończyła w cztery. Jako dwunastolatka zdała do Konserwatorium Paryskiego i dojeżdżała do stolicy na zajęcia. Była młodsza od pozostałych studentów o dobrych kilka albo kilkanaście lat. Jako szesnastolatka nagrała pierwszą płytę.

Krytycy od początku jej kariery podzielili się na dwa wyraźne obozy: jedni twierdzą, że jest niesamowita, jej interpretacje i styl gry są wyjątkowe, emocjonalne, odważne. Konserwatyści zarzucają jej niechlujstwo, niedbałość, przerost formy nad treścią.

Najbardziej lubię zdjęcie Grimaud, która siedzi przy ciężkim Steinwayu, w zwykłej koszulce i w skórzanej kurtce zawiniętej wokół pasa. Ma minę niesfornego dziecka. To zdjęcie najlepiej chyba oddaje jej osobowość.

W 1992 roku Grimaud wyjechała do Stanów, najpierw na Florydę, potem do Nowym Jorku. W Europie, jak twierdzi, zaczęła się dusić. W 1999 roku założyła rezerwat dla wilków i centrum edukacyjne (www.nywolf.org), gdzie na stałe mieszka dwadzieścia kilka zwierząt i gdzie organizowane są wykłady na temat ekologii, środowiska, ochrony ginących gatunków. Dzisiaj Grimaud kursuje między Stanami a Europą, dając 100 koncertów rocznie- głównie w Niemczech, we Francji i w Austrii. Na stałe związana jest z wytwórnią płytową Deutsche Grammophon.

Dzisiaj dokonałam kolejnego odkrycia. W 2003 roku Grimaud wydała autobiografię. Myślałam, że ukazała się tylko po francusku i po angielsku. Okazuje się, że cztery lata temu została przetłumaczona na polski. Jeśli jesteście ciekawie, to poszukajcie. Ma tytuł ”Dzikie Wariacje”. Widziałam ją w promocji za 9 złotych;-)

A na deser film dokumentalny o Grimaud.

14:18, jucatuitam
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 listopada 2011
starszy pan i latający samochód

Bardzo lubię rysunki tego pana. Jest staroświecki i bardzo zabawny. Nie korzysta z komórki, w ogóle nowe technologie ma w nosie i używa gwaszu. Ale na TEDzie w Pasadenie wystąpił.

Od ponad trzydziestu lat rysuje do New Yorkera i Vanity Fair. Jest autorem ilustracji do kilku książek. Napisał też wzruszającą, momentami boleśnie szczerą autobiografię (”Thin Ice”) o dorastaniu w Kanadzie i swojej toksycznej rodzinie: matce alkoholiczce, zimnym, brutalnym ojcu i pięciorgu rodzeństwa. Ale jednocześnie zabłysnął w niej swoim poczucie humoru, oczywiście w najmniej spodziewanych momentach. (Niektórzy czytają tę książkę w ramach własnej terapii DDA).

Jest samoukiem. Zaczynał w latach pięćdziesiątych od rysunków do katalogów w kanadyjskim oddziale Forda. Podobno szczerze tej pracy nie cierpiał. Potem zaczął swój kurs po agencjach reklamowych. Od ponad trzydziestu lat jest stały rezydentem w Nowym Jorku. Z Kanadą i Kanadyjczykami nie bardzo potrafił znaleźć wspólny język. Na co dzień najchętniej zajmuje się ”nostalgią za czymś, co nigdy się nie wydarzyło”, odkopuje technologiczne wizje, które nigdy się nie zmaterializowały, świat wielkich metropolii przerysowuje i doprowadza do absurdu. Czasem, nie wiadomo, czy jego rysunki są bardziej śmieszne, straszne, czy może przerażająco prawdziwe...

A teraz zagadka: co jesienią spada z drzew w Nowym Jorku?;-)

 

17:34, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 listopada 2011
A może książka na obiad?

Kiedy byłam mała, długo wierzyłam, że wystarczy spać z książką pod poduszką, a cała jej treść w trakcie nocy ”sama” wejdzie do głowy. Dzisiaj też zasypiam z książką pod głową, ale niestety już bez tej wiary...

Być może z podobnego założenia wychodzi amerykański artysta Trong. G. Nguyen, który stworzył alternatywne wersje ulubionych książek w formie nadającej się (po ugotowaniu) do jedzenia. Projekt ”Library” (”Biblioteka”) powstał w 2007 roku i artysta co roku uzupełnia go o nowe pozycje. Najpierw na ziarnkach ryżu wypisuje tuszem pojedyncze wyrazy, który składają się na rozdział wybranej przez niego książki (Twaina, Dickensa, Mallarme), a potem cały ”rozdział” zamyka w foliowym woreczku, który przypomina biblioteczną kartę wypożyczeń. Rozdział, po rozdziale, czyli woreczek po woreczku ułożone w odpowiedniej konfiguracji tworzą całość i w takiej formie można je oglądać na wystawie.

Ostatnią książką, którą Nguyen zapakował do woreczków jest ””Światło obrazu. Uwagii o fotografii” Rolanda Barthesa. Wygląda to tak.

więcej o artyście http://www.cameandwent.com/tgnprojects.html

13:03, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 listopada 2011
the king of cool

W 1963, amerykański magazyn Life wysłał swojego fotografa Johna Dominis do Palm Springs. Do domu Steve’a McQueena po to, żeby pokazać ”prawdziwe” życie gwiazdy. Zdjęcia z tych trzech tygodni spędzonych w Kalifornii u boku ”króla cool” można obejrzeć na wystawie w paryskiej galerii l’Instant.Podobno po raz pierwszy. Więcej zdjęć tutaj: http://www.lagaleriedelinstant.com/photographe/Dominis-John-a22

A tymczasem:

15:55, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
pływająca babcia

Poznajcie Pat Gallant- Charette. 60-latkę z miasteczka Westbrook, w stanie Maine, w USA. Pełnoetatową pielęgniarkę, matkę, żonę, siostrę, babcię i ...pływaczkę długodystansową na otwartych wodach.

Jeszcze 14 lat temu jedyną fizyczną aktywnością, jaką uprawiała- były spacery. Po 15 minutach pływania na małym, szkolnym basenie dostawała zadyszki. Ale pewnego dnia syn zachęcił ją, żeby wzięła udział w miejscowych zawodach pływackich ”Peak to Portland”  na dystansie 4 kilometrów, dedykując je młodszemu bratu, który zmarł nagle na zawał.

”Dasz radę, jeśli tylko spróbujesz”- usłyszała od syna. Zmobilizowana zaczęła regularnie ćwiczyć na miejscowej pływalni. Rok później przepłynęła te 4 kilometry i nabrała ochoty na kolejne konkursy. Dwukrotnie podchodziła do przepłynięcia Kanału La Manche. Udało się za trzecim razem, w tym roku. Dystans 35 kilometrów (teoretycznie, bo w zależności od pogody i warunków zwykle jest dużo dłuższy) przepłynęła poniżej 16 godzin. Rok temu przepłynęła Cieśninę Gibraltarską (14 kilometrów) w 3 godziny 28 minut.

18 października ustanowiła rekord świata, jako najstarsza kobieta, która przepłynęła z Wyspy Catalina do wybrzeża Kalifornii (33 kilometry). Ten wyczyn dedykowała innemu bratu, Johny’emu, który zginął w tragicznym wypadku, jako siedemnastolatek. Pat nigdy nie pływa sama. W łodzi obok towarzyszy jej zawsze ”drużyna”: mąż, syn, córka, kuzyni, szwagierka. Ostrzegają ją przed rekinami, zbliżającymi się statkami i prowadzą bezpiecznie do celu. Przed każdym nowym wyzwaniem, Pat pisze sobie na ramieniu wodoodpornym flamastrem imię brata, któremu dedykuje wyczyn: Johny albo Robby.

Tutaj znajdziecie bloga Pat i fotograficzne relacje z jej dokonań: patgalant.blogspot.com

Łezka się w oku kręci.

15:31, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 listopada 2011
między wierszami

W Mayor Gallery, w Londynie, do połowy grudnia można obejrzeć rysunki i szkice Sylvii Plath. (http://www.mayorgallery.com/index.html)

Frieda Hughes, córka Plath i poety Teda Hughes’a otrzymała je od ojca (który sprawował pieczę nad całą spuścizną po Plath) tuż przed jego śmiercią w 1998roku. W dzienniku The Guardian, Frieda Hughes pisze: ”Wczesne listy matki, wpisy do dziennika i wiersze były często ozdabiane rysunkami, miała nadzieję, że kiedyś będą ilustrowały artykuły i opowiadania, które pisała do gazet”. Tak się nie stało. Dzisiaj, prawie 50 lat po jej śmierci, możemy je wreszcie obejrzeć na wystawie.

źródło: The Guardian

14:27, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 listopada 2011
Bardzo brzydki dinozaur

Amerykański rysownik Bill Zeman (http://www.billzeman.com/- tutaj możecie obejrzeć jego portfolio) ma pięcioletnią córkę, o silnym charakterze i zdecydowanych poglądach. Od kiedy skończyła dwa lata weszła w rolę domowego dyrektora artystycznego. Zamawia u ojca rysunki (najchętniej dinozaury, krokodyle i innej maści ostrozębne zwierzęta), a następnie udziela mu miażdżącej krytyki: ”ale paskudny”, ”nie taki miał być”, ”weź to zetrzyj”.Przez trzy lata Zeman publikował rysunki opatrzone bezpardonowym komentarzem swojego przedszkolaka na blogu http://tinyartdirector.blogspot.com/ (”mały dyrektor artystyczny”).

Niedawno, ich współpraca doczekała się również wydania na papierze.

Brief: Dinozaur, która nas ściga

Krytyka: A gdzie MY jesteśmy na tym rysunku? Narysuj NAS! Naprawię go tak, jak mi się podoba. Tak mi się nie podoba. Błagam, błagam zetrzyj go! Zetrzyj go natychmiast!
Status pracy: Odrzucona
Dodatkowe komentarze: Weź stąd te pazury!
Komentarz autora: Mała dyrektor artystyczna nienawidzi tej pracy bardziej niż innych, które dla niej zrobiłem, z możliwym wyjątkiem pary krokodyli z przedwczoraj

 

15:05, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
Dzieci podróżują

Grupa matek, które mieszkają w Hong Kongu- autorka, rysowniczka i wydawczyni skrzyknęły się razem i wydały serię przewodników adresowanych do dzieci. Pięknie ilustrowane, z fajnymi, czytelnymi dla dzieci mapami podpowiadają, jak można ciekawie spędzić czas w Londynie, Nowym Jorku, Sydney, na Bali i w Tajlandii i się nie nudzić, mając 7 do 14 lat. Autorki dokonały selekcji atrakcji turystycznych pod kątem dzieci. Wybrały te muzea, które mogą ich zainteresować, parki, zoo, trasy spacerowe, restaruacje, hotele a nawet sklepy ”przyjazne” dzieciom. W ”kidsGo” znajdziemy też scenariusze na plan B i C, kiedy pogoda nie dopisuje, a nuda chce popsuć wakacje. Pododbnie jak w klasycznych przewodnikach jest tu lista podstawowych zwrotów w obcych językach (w wersji dla dzieci), informacje na temat lokalnej historii, kultury i tradycji.

Przewodniki mają też swoje rozwinięcie w postaci strony internetowej http://kidsgotravelguides.com/, która służy głównie jako platforma do wymiany informacji między rodzicami i dziećmi: co się sprawdziło, co nie, z czego warto jeszcze skorzystać, a z czego nie. Ładne, kolorowe i praktyczne.

Marzy mi się taki dziecięcy przewodnik po Krakowie, Gdańsku, Wrocławiu i Zakopanym:-)

A wyglada to tak:

fish&chips w Londynie

pomysł na pamiątkowe zdjecie

Z ciekawostek: w tegorocznym zestawieniu ”Top 100”, organizowanym przez Conde Nast Traveller, czytelnicy uznali, że najlepszym amerykańskim miastem jest, uwaga! Ani Nowy Jork, ani San Francisco, ani Chicago, tylko...Charleston, w Karolinie Południowej. A teraz proszę sobie ”wyguglać” zdjęcia, bo warto.

11:44, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »