RSS
piątek, 23 grudnia 2011
Tańczyć każdy może!

Czy ktoś coś mówił o tym, że kalendarz adwentowy to szczyt obciachu? No więc, jeśli kiedykolwiek coś takiego padło z moich ust, odwołuję!

Luke Bonner i Lewis Bollock, para przyjaciół z Bournmouth, w Anglii stworzyli taneczny, internetowy kalendarz adwentowy. Każdego dnia, od pierwszego grudnia do Wigilli zamieszczają na swojej stronie www.theartofdancing.co.uk  autorski układ choreograficzny na dany dzień. Nie robią tego ani dla pieniędzy, ani dla reklamy. Jedynie dla czystej przyjemności- swojej i widzów.

Życzę Wam, żeby Wasze święta były właśnie takie. A kto powiedział, że przy kolędach też nie można sobie popodtańcowywać?:-)

Chłopaki piszą o sobie: ”Dziewczyny są dla nas za bardzo skomplikowane. Wolimy dinozaury i whiskey.”

 

13:27, jucatuitam
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 grudnia 2011
miej to w nosie

Czasem wydaje mi się, że wszystko już było, ale jak się dobrze rozejrzeć, to świat jest pełen niespodzianek.

Sally Steel Jones, nauczycielka, mama nastolatki i kilkuletnich bliźniaków, oraz pasjonatka szydełkowania i robót ręcznych postanowiła wydziergać ubranko dla swojego wiecznie czerwonego i zmarzniętego nosa. Okazało się, że nie ona jedna ma ten problem ( a rzecz dzieje się w Anglii, gdzie jak wiadomo w domach raczej się nie przegrzewa), więc Pani Jones powoli zaczęła rozkręcać interes. Dzisiaj robi nie tylko ocieplacze dla nosów, ale również grzejniki na nadgarstki, szale, rękawiczki i etole. Swoje wyroby sprzedaje do Kanady, Stanów, Australii i w całej Europie. Co prawda ta zima nie szczególnie sprzyja jej interesowi, ale podobno nie narzeka. Jej strona nie zachwyca specjalnie, ale Sally zaprojektowała ją również sama, bo nie stać ją było na profesjonalnego webmastera, więc szapo ba!

Więcej na: nosewarmer.co.uk

A przy okazji pozdrawiam swoich 3 (słownie- trzech) wiernych czytelników i dziękuję za słowa uznania. Jak mówią anglojęzyczni: You make my day!

22:32, jucatuitam
Link Komentarze (13) »
wtorek, 13 grudnia 2011
karaluchy pod poduchy

www.pacingthepanicroom.blogspot.com

Zapamiętajcie ten adres!I uważajcie- ten blog uzależnia. Zaczniecie wierzyć, że ludzie są tylko piękni, mądrzy, wyjątkowi, dobrzy, twórczy, odważni i skromni. Może nawet sami o sobie tak pomyślicie, może doznacie stanu błogostanu. Być może będziecie chcieli wracać jeszcze raz, i jeszcze i jeszcze.

Autorem tego bloga jest Ryan Marshall, fotograf z Florydy, debiutujący pisarz. Lat 37. Ojciec dwuletniej Tessy i ojczym siedmioletniego Małego Faceta, oraz mąż Nicole, która strzyże włosy, naprawia stare rowery i potrafi zrobić wszystko z niczego. Ryan od dziecka wszystkiego się boi. Boi się niezdrowego jedzenia, boi się, że dostanie zawału, boi się, że w naszą planetę uderzy meteor. Jego wyjściową pozycją jest zamartwianie się, a przy tym jest bardzo zabawnym facetem, z darem opowiadania. Może czasem trochę przynudza, czasem jest denerwująco skoncentrowany na sobie, ale ma to coś- chciałby uczynić świat lepszym niż on jest- i za to go już pokochałam.

Tutaj film, który nakręcił ze swoją żoną w roli głównej. Powinien mieć tytuł "40 tygodni";-)

Jego piękna żona

I dzieci

A, żeby nie było tak słodko, to wszystko nie jest tak proste, jak się wydaje...

 

23:31, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Wielkie oko patrzy

Przedstawia się tylko swoimi inicjałami- JR. Zawsze w ciemnych okularach, w kapeluszu i w szaliku, wysoki, chudy- wygląda trochę jak postać z komiksu. Niektórzy mówią o nim: ”francuski Banksy”, inni nazywają go artystą, który wystawia w największej galerii świata. Jego prace, wielkoformatowe czarno-białe zdjęcia, przedstawiające twarze i zbliżenia oczu- wiszą na ścianach zbitych z dykty domów w najbiedniejszych rejonach świata: brazylijskiej faveli, w slumsach w Kenii, w Indiach, w Kambodży, w najuboższej dzielnicy w Szanghaju, w paryskich, imigranckich osiedlach. W ten sposób JR postanowił oddać głos tym, którzy na co dzień go nie mają. Jego prace mają zwrócić uwagę na te miejscach, o których świat za wszelką cenę chciałby zapomnieć.

Niektórzy krytycy sztuki nazywają to, co robi JR ”sztuką relacji”, gdzie granica między artystą, podmiotem i widzem przestaje mieć rację bytu. Wszyscy stają się wszystkimi.

Kiedy do faveli Morro da Providencia w Brazylii w 2008, niedługo po krwawych zamieszkach, opancerzonym samochodem przyjechała grupa dziennikarzy, żeby porozmawiać z autorem zdjęć, które zawisły na ścianach 40 domów, JR zniknął. W ten sposób dziennikarze zostali zmuszeni do rozmowy z mieszkańcami, zamiast z artystą.

W najnowszym projekcie InsideOut, który JR zainicjował podczas przemówienia przy okazji odbierania nagrody TED, JR w ogóle usunął się z pierwszego planu. W Tel-Avivie, Rammalah, Paryżu, Tunisie i kilku innych miejscach na świecie, JR poustawiał budki fotograficzne. Każdy może sobie zrobić w nich zdjęcie i wydrukować je w dużym formacie, a następnie nakleić w dowolnym miejscu w mieście. ”I tak zostałem drukarzem” mówi JR. Docelowy plan jest taki, żeby zniknąć w ogóle.

JR wychował się z dwójką rodzeństwa na osiedlu w zachodnim Paryżu, jego mama pochodzi z Tunezji, ojciec jest Francuzem. Jako nastolatek JR zajmował się głównie drobnymi wyskokami, bójkami i wagarowaniem. Ale w każdy weekend pomagał starszym sprzedawcom na targu ulicznym. Kiedy jego znajomi coraz częściej lądowali na komisariacie, a część nawet trafiła do więzienia, postanowił zająć się czymś bardziej produktywnym. Nocami wyrywał się z domu, żeby malować graffiti- w najmniej dostępnych miejscach- na dachach, na mostach, przy wejściu do komisariatu. W 2000 roku, kiedy miał siedemnaście lat, w jednym z wagonów metra znalazł porzucony aparat fotograficzny (przynajmniej tak głosi legenda). Kilka lat później zorganizował swój pierwszy wernisaż. Na ścianie bloku w podparyskim osiedlu, jak z ”Nienawiści”, Cite de Bosquets, przykleił zdjęcie swojego kolegi, który pozuje z kamerą tak, jakby trzymał w ręku karabin. Rok później, na tym osiedlu wybuchły zamieszki. Zdjęcie JR podświetlone przez płonący samochód przeleciało się przez wszystkie wydania telewizyjnych wiadomości. JR wrócił do Bosquets i już innym aparatem, z bardzo bliskiej odległości zrobił portrety mieszkańcom osiedla, młodym chłopakom, którzy do obiekty mieli robić straszne miny. Zdjęcia ”młodocianych przestępców”, nocą, nielegalnie JR rozwiesił w bogatej dzielnicy Paryża. Ta niecodzienna wystawa spotkała się z ogromnym odzewem. JR został zauważony przez dziennikarzy i przez byłego szefa agencji fotograficznej, Magnum. W rozmowie z New Yorkerem, JR powiedział: ”To wtedy zdałem sobie sprawę z siły oddziaływania papieru i kleju”.

Więcej o artyście, znajdziecie na: jr-art.net

JR- tak zwykle się daje sfotografować

Morro da Providencia w Rio de Janeiro

Slumsy w Kiberze, w Kenii

Projekt ”Wrinkles of the City”, Szanghaj

Automat fotograficzny

Te i inne projekty JR można też do 7 stycznia obejrzeć w paryskiej galerii Perrotin

www.perrotin.com

 

12:24, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 grudnia 2011
obiad z jimem

Czas poodkurzać tutaj przed Świętami. Takiego zaniedbanego bloga dawno nie widziałam. Brud i pajęczyny.

Gdybym nie była szczęśliwą mężatką, to teraz, zamiast pisać tę notkę, siedziałbym pewnie i próbowała sklecić list do Jima Denevana (na zdjęciu na górze). Brzmiałby on mniej więcej  tak: „Drogi Jimie, kiedy po raz pierwszy Cię zobaczyłam, to…A te Twoje obrazy na piasku…Myślę, że…terefere.”

 Jestem pewna, że znajdę zrozumienie u niektórych czytelniczek, jeśli zechcą dobrnąć do końca.

A więc tak. Jim Denevan, lat 50 jest surf erem, kucharzem-samoukiem, artystą, ale przede wszystkim wielkim marzycielem, który się swoich marzeń nie wystraszył. Tylko za nimi poszedł. Został wychowany przez mamę, nauczycielkę matematyki, która wcześnie owdowiała i musiała sama utrzymać siebie i dziewięcioro dzieci. Jako nastolatek Jim został mistrzem surfingu na plażach niedaleko Santa Cruz, w Kalifornii. Koledzy mówili na niego „The King”. Potem wyjechał do Europy, gdzie krótko pracował jako model. I tam odkrył, że gotowanie może być prawdziwą sztuką,a jedzenie nie służy tylko do zaspokajania głodu. Po powrocie do Stanów zaczepił się przy pracy na zmywaku w niezłej, włoskiej knajpie i potem jakoś to poszło.

Dzisiaj Jim organizuje uczty na to sto, dwieście osób,  w otwartej przestrzeni(www.outstandinginthefield.com) : w parku w Nowym Jorku, na środku pola w Ohio, na bagnach w Kalifornii, na urwisku. Jeździ swoim rozklekotanym busem, z ekipą, która pracuje dla niego za wikt i opierunek, rozmawia z lokalnymi producentami, kucharzami, właścicielami restauracji i wspólnym wysiłkiem opracowują menu, o jakim można tylko marzyć. To kosztuje (ok.100 dolarów za obiad), ale ludzie chcą tam być, na środku tego pola, jeść chleb ze zboża, które rośnie pod ich stopami, rozmawiać z nieznajomymi, którzy tak jak oni przyszli z własnym talerzem. Jimowi zostaje w kieszeni tyle, żeby zapłacić za benzynę, kupić jedzenie na drogę i ruszyć dalej.

Głównym  źródłem utrzymania Jima, chociaż dopiero od niedawna, od kiedy jego prace wystawiane są w galeriach, są jego wielkoformatowe dzieła sztuki. Rysuje je na piasku, na lodzie, na popękanej ziemi. Patykiem, grabiami, rowerem kreśli przez kilka godzin geometryczne kształty na przetrzeni kilku kilometrów, potem robi im zdjęcia z samolotu i patrzy, jak zmywa je przypływ.

Coś jest kojącego w tym, co robi Jim. Coś prawdziwego. I to memento, że jesteśmy tutaj tylko przez chwilę i że ważne, żeby ta chwila przynajmniej dla nas miała sens.

A jeśli przy tym uszczęśliwimy parę innych osób, czego więcej można chcieć?

Więcej o Jimie na www.jimdenevan.com

 

22:20, jucatuitam
Link Komentarze (1) »