RSS
wtorek, 27 kwietnia 2010
Najgorsza matka też się boi

Właśnie rozmawiałam przez telefon z Lenore Skenazy, czyli Najgorszą Matką Ameryki, o której niedawno tutaj pisałam. Lenore trochę przypomina Woody'ego Allena- jest chuda, trochę neurotyczna, bardzo zabawna i dużo i szybko mówi. Jest też Żydówką i mieszka w Nowym Jorku. W zasadzie zadałam jej jedno pytanie, a jej odpowiedź ciągnęła się przez 45 minut, przerywana moimi atakami kaszlu, chrupaniem Lenore do słuchawki ("Ty sobie pokaszl, a ja w tym czasie będę podjadać swój lancz"), płaczem przez sen mojego synka oraz telefonem młodszego syna Lenore, który powiedział, że nie idzie do parku, bo nikt nie chce iść się z nim pobawić. (Jedną z idee fixe Lenore jest zachęcanie dzieci do tego, żeby wychodziły "na podwórko" bawić się z innymi dziećmi, co jaka sama przyznaje, nie jest takie proste, bo dzieci wolą oglądać tv albo grać na komputerze. Zabawa w Indian i wspinanie się na drzewa jest nudne i obciachowe)

Lenore opowiedziała mi parę naprawdę śmiesznych anegdot m.in. o tym, jak chorobliwie martwi się  o swoje dzieci, chociaż zarzuca jej się, że jest niefrasobliwą i nieodpowiedzialną matką. Parę miesięcy temu odwiedziła swoją siostrę w Kalifornii. Jechali autostradą 120 km/godzinę i w pewnym momencie Lenore zorientowała się, że drzwi od samochodu nie są zablokowane, nacisnęła więc odpowiedni guzik, który zamyka wszystkie drzwi. Jej siostra natychmiast je odblokowała. "Co ty robisz?" krzyknęła Lenore. "A co TY robisz?" odpowiedziała siostra. "Boję się, że moje dzieci przypadkowo otworzą drzwi i wypadną w trakcie jazdy" wytłumaczyła Lenore. "A ja się boję, że jak będziemy mieć wypadek, to pracownicy pogotowia nie dostaną się do środka, bo drzwi będą zablokowane" odpowiedziała siostra. To taka krótka przypowiastka o tym, jak nasz mózg został wytrenowany przez kulturę strachu. "Czarny scenariusz" to coś, co współczesny rodzic ma zawsze pod ręką. I na tym właśnie bazują producenci wielu niepotrzebnych produktów przeznaczonych do ochrony dzieci. Na naszym strachu. A to czego dzieci potrzebują do życia to tak naprawdę miejsce do spania, talerz no i może pieluchy, choć też nie wszyscy się z tym zgodzą.

Tutaj możecie obejrzeć krótki filmik z Lenore, która zbierała materiał do reportażu nt. ślubu w basenie publicznym w Nowym Jorku. Para młoda miała koło pięćdziesiątki, a w sumie powyżej setki. Panna młoda była niewidoma i prawie całkowicie głucha.

http://www.youtube.com/user/lenoreskenazy#p/u/3/UC6vRj_QeK4

Tutaj Lenore podczas jednego ze swoich wykładów na temat tego kto tak naprawdę czerpie zyski z faktu, że rodzice bez przerwy boją się o swoje dzieci

http://www.youtube.com/user/lenoreskenazy#p/u/0/XEKlZO6xXWg

A tu Lenore z dziećmi i mężem

Acha i jeszcze jedno. Lenore do hebraty używa polskiego syropu malinowego, po który chodzi specjalnie do polskiego spożywczaka na Queensie:)

ps. Mój kaszel ma albo coś wspólnego z wulkanicznym pyłem albo to zapalenie oskrzeli.

Good night and good luck!

22:38, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 kwietnia 2010
nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo

Pojadę, czy nie pojadę? Na początku maja mam taką zabawę w to, czy wsiądę czy nie wsiądę w pociąg do Krakowa, ewentualnie samochód znajomych, którzy cudem mają jeszcze jedno wolne miejsce. Od trzech lat nie wsiadłam, choć raz nawet miałam bilet w ręku...A chodzi o to, że 4 maja zaczyna się największe w Polsce święto fotografii- Miesiąc Fotografii w Krakowie (www.photomonth.com). Bohaterką tegorocznej edycji jest fotografia z Wielkiej Brytanii ze szczególnym wyeksponowaniem lat 1974-1997, na które przypadają rządy Margaret Thatcher.

Program główny festiwalu otworzy m.in. retrospektywa Anny Fox- jednej z najważniejszych fotografek wywodzących się z nowej fali brytyjskiej kolorowej fotografii dokumentalnej lat 80.(7 maja o godz. 20 w Bunkrze Sztuki).

 Tutaj próbka tego, co możecie zobaczyć na wystawie

Wszystkie zdjęcia powyżej pochodzą z najbardziej chyba znanego albumu Fox-"Work Stations"(1988), który dokumentuje "kulturę biurową" w Wielkiej Brytanii lat osiemdziesiątych.

Na wystawie będzie też można obejrzeć zdjęcia z innych projektów autorki. M.in.

"Wiejskie dziewczyny/Country Girls (1996–2001) - efekt współpracy artystki z wokalistką i kompozytorką Alison Goldfrapp. Projekt składa się z kolorowych fotografii i filmów opowiadających o osobistych doświadczeniach związanych z dorastaniem i stawaniem się kobietą w rolniczej, południowej Anglii. Jest to również reinterpretacja legendy o Sweet Fanny Adams, brutalnie zamordowanej w Alton na początku XX wieku.

Notatki z domu/Notes From Home (2000–2003)- zbiór intymnych prac dokumentujących życie Fox i jej najbliższej rodziny w nowym domu poza Londynem, przedstawionych w formie książek artystycznych.

Projekt Serwantki mojej matki i słowa mego ojca/My Mothers Cupboards and My Fathers Words (1999), w formie miniaturowych książek, po raz kolejny podejmujący temat trudnych, rodzinnych relacji artystki.

Zabarwiony czarnym humorem Pamiętnik karalucha/Cockroach Diary (1996-1999) dokumentuje wpływ plagi karaluchów w londyńskim domu Fox (41 Hewitt Road), gdzie mieszkała wraz z partnerem, dziećmi i lokatorami, na ich życie."(materiały organizatorów)

Anna Fox (rocznik 1961) wykłada na University for the Creative Arts w Farnham w Wlk. Brytanii, fotografią zajmuje się od 25 lat.Jej prace są w wielu ważnych kolekcjach sztuki współczesnej na świecie.

A jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, to tu: www.annafox.co.uk)





 

 

22:11, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 kwietnia 2010
Matka Polka Biega

Zaczęłam się poważnie zastanawiać nad tym, czy nie przyłączyć się do akcji Polska Biega (www.polskabiega.pl). Mój dzisiejszy dzień (podobnie jak reszta dni w tygodniu) wyglądał tak:

5.30. Dzwoni budzik-czyli mój synek. Przez dwadzieścia minut próbuje go przekonać, że jest stanowczo za wcześnie. Udaje mi się go uśpić na moment. Kolejna pobudka 6.30. O 6.38 dzwoni drugi budzik-córka. Wstaję. Posuwistym krokiem, z półprzymkniętymi oczami idę do pokoju dzieci, wyciągam Kulistą Postać w śpiochach z łożeczka i z Dobrą Czarownicą, w którą nagle zamieniła się moja córka, lecimy do kuchni. "Kawa" to jest jedyne słowo, które jestem w stanie o tej porze wymówić. Jest gęsta, czarna jak smoła. I działa. Ok 6.45 zaczyna się bieg. Robię śniadania-dla Kulistego i Czarownicy, karmię na dwie ręce, bo jak widzą, że szykuje coś do jedzenia, równocześnie robią się POTWORNIE głodni. Jedno mówi to wprost, drugie pokazuje palcem banana i zaczyna krzyczeć. Trzecią ręką ładuję brudne rzeczy do pralki, i rozładowuje zmywarkę, co powinnam była zrobić wczoraj w nocy, oraz ładuję ją od nowa.

Później ubieranie i wyprawianie do przedszkola, przeplatane smutną piosenką pt."Ja nie chce iść do przedszkola". Jeszcze siku, papa, Czarownica z Tatą opuszczają Straszny Zamek na Wysokiej Górze. Zabawa z Kulistym, oglądanie gołębi przez okno, tańće przy muzyce poważnej. Ok.8.30 Kulisty zaczyna kłaść się na podłodze i zasypiać, więc wstawiam go na chwilę do łóżka i biegnę umyć włosy. Budzi się-krótka to była drzemka. O 9.30 przychodzi Ciocia Kulistego, biegnę na autobus, cholera spóźniłam się 3 minuty, następny będzie za 20 minut, więc biegiem do pracy. Po minucie mija mnie moje spóźnione 107. Cholera!Biegnę dalej. Wpadam do pracy, loguje się. To trwa i trwa, więc przeglądam gazetę, zapamiętuję szybko, co chcę przeczytać później, w następnym życiu, w którym będę miała czas. Czytam zaległe teksty, piszę kilka ważnych maili, umawiam się na spotkanie. Potem czytam notatki do wywiadu, który mam o 13.00. O 12.30. wybiegam i jestem na czas. Wywiad. Po wywiadzie biegnę do autobusu, bo Saska Kępa rozkopana. Autobus, tramwaj i jeszcze jeden autobus. Wysiadam, biegiem do pracy. Uff, chwila przerwy na kawę, ale zaraz, jest już 15.25?? Jezu, za 5 minut mam spotkanie. Przepraszam koleżanki i kolegę i biegnę. Potem biegnę ze spotkania do swojego biurka, bo muszę jeszcze przejrzeć listy, zamówić jeden tekst, odpowiedzieć na maila. Dzwoni mąż "Nie spiesz się!Ale jakbyś mogła być przed 18 to fajnie by było, bo ja muszę wyjść." Na szczęście koleżanka podwozi mnie samochodem, więc mam cudowny zapas w postaci 15 minut. Robię zakupy, ale tu kolejka i tam kolejka, więc zapas się kurczy i...biegnę, ale nadal jestem przed 18. Na stojąco zjadam kanapkę i popijam wrzątkiem. Mąż wychodzi. Bawimy się z dziećmi w chowanego, bo w trakcie "szukania" mogę przy okazji poskładać parę rzeczy. Potem trochę brzdąkania na dziecięcej gitarze, budowania domu z poduszek, oglądania ptaków za oknem, wspinania się na kanapę i spadania z kanapy dla zabawy i naprawdę. I chwila wytchnienia, kiedy Kulisty i Czarownica lądują razem w wannie. Kulisty wychodzi pierwszy, suszenie, zakładanie pieluchy, ubieranie, podanie lekarstwa, wstawienie do łóżeczka. Czarownica grzecznie czeka w wannie, wydając z niej czarodziejskie odgłosy. Bieg do kuchni, mleko, smoczek, raz, dwa, buziaki, kocyk, dobranoc. Po Czarownicę do łazienki, suszenie, ubieranie, zęby. Już w łóżku bawimy się trochę w bardzo niedobrych ludzi,którzy chcą komuś zrobić coś złego,a tamci się bronią oraz w Misia Polarnego, który nie umiał pływać. Czytam jej bajkę o smoku, ktory okazał się być zwykłym smoczkiem i rozmawiamy o przedszkolu i o tym, że Krzyś zakochał się w Marysi, ale ona niestety kocha kogo innego. Jak to w życiu. Czarownica twierdzi za to, że zakochała się w Ani, po czym zasypia. Jest 20:48. Biegnę do kuchni i zastanawiam się, czy ogarniać ten bajzel, czy odłożyć do jutra. Odkładam. Włączam komputer, a dalej to sami już wiecie. Koniec biegu, aż do jutra rana.

Jaki z tego morał? Zrób dziewczyno wreszcie prawo jazdy, dorośnij i przestań się mazać. That's life.

21:38, jucatuitam
Link Komentarze (4) »
wtorek, 13 kwietnia 2010
Ciszej od bomb

Elizabeth Rubin jest amerykańską korespondentką wojenną (pisała do New York Times Magazine, Atlantic Monthly, New Yorkera) i pracownikiem Instytutu Spraw Zagranicznych (Council for Foreigh Research, www.cfr.org) w Nowym Jorku. Od 2001 pisze korespondencje z Afganistanu, Iraku, Iranu, Arabii Saudyjskiej, Rosji i Bałkanów. Zdobywczyni prestiżowych nagród za reportaż, w tym za teksty na temat dziecięcych armii i żołnierzy najemnych. Reporterka-żołnierka od ponad 10 lat  towarzyszy żołnierzom na froncie, w okopach, w hummerach, na pierwszej linii walki. Mówi ich językiem. Nienawidzi pytań o to, jak to jest być kobietą na froncie, bo uważa, że nie ma to żadnego znaczenia. Żyje jak nomad, przenosząc się z jednego miejsca konfliktu do drugiego. Ale przychodzi moment, że zaczyna pragnąć dziecka. Ojciec jest. Nawet się lubią, ale Rubin decyduje się na samotne macierzyństwo, bo generalnie ceni sobie niezależność w podejmowaniu decyzji.
11 kwietnia w brytyjskim Observerze ukazał osobisty tekst Rubin (która o sobie mówić ani pisać nie lubi) o tym, jak w czwartym miesiącu ciąży, z pełną świadomością wyjechała do najbardziej niebezpiecznych rejonów w Afganistanie zbierać materiały do reportażu i jak po dwóch miesiącach zdała sobie sprawę że jeśli cokolwiek się stanie, to nie tylko jej. Ciekawy tekst o tym, że w życiu nie można mieć wszystkiego, o trudnej sztuce wyboru i o tym, jak w kobiecie rodzi się matka...
 http://www.guardian.co.uk/lifeandstyle/2010/apr/11/afghanistan-pregnant-war-female-embedded

 

17:15, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 kwietnia 2010

10 kwietnia, Tu-154 leciała też 25-letnia Justyna Moniuszko, stewardessa. Od dziecka zakochana w lotnictwie, była członkinią sekcji spadochronowej Aeroclubu Białostockiego, miała na koncie 250 skoków, zdobyła uprawnienia pilota szybowca.

Studiowała na Politechnice Warszawskiej. W 2006r. na pierwszych wyborach Miss uczelni zdobyła pierwsze miejsce. Trzy lata temu została stewardessą LOT-u, od dwóch lat latała z prezydentem w delegacje zagraniczne. Miała mnóstwo planów...

Pamiętajmy także o niej.

14:23, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 kwietnia 2010
Najgorsza Matka Ameryki

Wygląda tak i nazywa się Lenore Skenazy. Zamordowała dziecko? Pobiła je? Porzuciła? Nie. Dwa lata temu pozwoliła swojemu wówczas 9-letniego synowi wrócić samodzielnie metrem do domu. (Mieszkają w Nowym Jorku). Synek dostał mapę, bilet na metro, 20 dolarów, na wszelki wypadek, gdyby musiał jednak wziąć taksówkę. Rodzice pojechali do domu samochodem, a on dołączył do nich 45-minut później, pękając z dumy, że sobie poradził.

Skenazy jest niezależną dziennikarką i publicystką i kilka dni później opisała to wydarzenie w swoim felietonie. Kilka tygodni później zaliczyła już występy w większości najbardziej popularnych programów telewizyjnych, udzieliła wywiadów kilku gazetom krajowym i zagranicznym, odpierając ataki i...została okrzyknięta Najgorszą Matką Ameryki. Wyrzucano jej brak odpowiedzialności, głupotę, narażanie dziecka na niebezpieczeństwo. Zdarzały się głosy, które postulowały odebranie jej praw rodzicielskich.

Wkurzona Skenazy postanowiła przeciwstawić się tej fali nienawiści i została ”matką” ruchu, który nazwała ”Free-Range Kids” (Dzieci wolnowybiegowe). Swoją filozofię wychowawczą najpierw wyłożyła na blogu o tej samej nazwie, a rok temu wydała książkę i teraz jeździ po całych Stanach z wykładami,w których mówi m.in. o tym, jak nie ulegać kulturze strachu, którą obarczone jest współczesne rodzicielstwo.

-Dzisiejsi rodzice przede wszystkim się boją-pisze Skenazy- Ich strach podkręcany jest przede przez media, które co chwila donoszą o kolejnych zagrożeniach, jakie czyhają na ich dzieci.

Boimy się pedofili, jedzenia pełnego toksyn, chorób, szczepień, krzywych krawężników, a nawet wiatru. Dobry rodzic, to często dzisiaj synonim rodzica, który bez przerwy się martwi, jest nadopiekuńczy, zapobiegliwy do granic możliwości i przewidujący. (W Stanach na zyczenie jednej z babć w pobliżu jej domu wycięto trzy leszczyny, w obawie, żeby jakiś orzeszek nie wpadł do basenu, z którego korzysta jej wnuczek z alergią na orzechy).

Hugh Kretschner/Time

Rodzice się boją, a producenci na tym strachu korzystają. Stąd te wszystkie elektronicznie nianie, ochraniacze dla dzieci, które uczą się chodzić (!), kaski dla raczkujących niemowlaków, zatyczki do gniazdek, zabezpieczenia na wystające rogi, zamki na szuflady, kody do bramek, identyfikatory, organiczne jedzenie w słoiczkach, i ekologoiczne kremy do pupy bez parabenów. ”Sprawdź czy twój dom jest wystarczajaco bezpieczny? Czy twoje dziecko jest bezpieczne? Czy wiesz, gdzie jest i co robi?,Czy na pewno posmarowałeś je hypoalegricznym kremem i założyłeś bodziak z eko-bawełny?.

Kontrolującego rodzica, który usuwa z dziecka wszelkie niezbezpieczeństwa i przeszkody i cay czas czuwa w każdym momencie zetknięcia się dziecka ze światem zewnętrznym, nazywa się rodzicem-helikopterem. Taki rodzic, wg. Skenazy może zrobić dziecku tylko krzywdę, bo uzależnia je od siebie, wpaja mu brak zaufania do świata i innych ludzi, chorobliwą ostrożność, pozbawia poczucia pewności siebie, uniemożliwia dorastanie i ponoszenie konsekwencji za swoje decyzje.

Skenazy powołując się na statystyki udowania, że rzeczywistość (przynajmniej ta amerykańska) nie jest wcale bardziej niebezpieczna niż 30,40 lat temu, ale tak się większości z nas wydaje. W latach 70tych przestępczość była na podobnym poziomie, co dzisiaj, ale dostęp do wiadomości był znacznie bardziej ograniczony. Dzieci bawiły się razem na podwórku całymi dniami, często poza zasięgiem wzroku rodziców, jeździły albo chodziły same do szkoły (dzisiaj tylko 10% małych Amerykanów nie jest odprowadzanych przez dorosłych). Strupy, siniaki i rozbite nosy to były normalne ślady, które przynosiło się z dziecięcych eskapad do domu. Dzieci zaczynały jeść to, co inni domownicy znacznie wcześniej i nikt nie drżał przed kolejną alergią.

Rok później, syn Skenazy znów jechał sam metrem. Konduktor natychmiast zgłosił to na lokalny posterunek policji, a rodzice zostali wezwani po odbiór dziecka.Uwaga, nigdzie nie ma zapisu, że jest to nielegalne.

 

14:02, jucatuitam
Link Komentarze (4) »
środa, 07 kwietnia 2010
mama pa pa!

Drugi dzień w pracy po urlopie wychowawczym. W brzuchu mam kamień, w ustach sucho, a powieka drga. Praktycznie nie zdejmuję ręki z telefonu, czekając na wieści od niani- czy płakał, czy spał, czy jadł, co robił. I mimo, że przechodzę przez to drugi raz to nie jest mi wcale łatwiej. Gdzieś tam z tyłu głowy wiem, że wszystko się ułoży, synek przestanie płakać, a nawet przyjdzie dzień kiedy nie będzie chciał przerywać zabawy ze swoją nianią. Wiem też, że dałam mu już dużo czasu na wyłączność i że już nie jest takim maluszkiem, ale serce jednak boli. A poczucie winy ma rozmiar XXL. I myślę sobie, że może przydałaby się nam matkom jakaś ogólnokrajowa akcja społeczna, która pozwala nam się tego poczucia winy pozbyć, albo przynajmniej je zminimalizować. Bo osobiście nie znam złych matek- same wystarczająco dobre, a mimo tego poczucie winy to ich najlepszy przyjaciel, bez względu na to, czy decydują się zostać z dziećmi, czy pójść do pracy. Bo zawsze można lepiej, więcej, inaczej.

A tu ciekawa dyskusja na temat:

http://niegrzecznemamuski.blogspot.com/2010/03/pracujaca-matka-i-wyrzuty-sumienia.html

a tu Niegrzeczne Mamuśki w Dzień Dobry TVN

http://dziendobrytvn.plejada.pl/28,30855,wideo,,161365,niegrzeczne_mamuski,aktualnosci_detal.html

 

12:02, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
wtorek, 06 kwietnia 2010
filozofia "fuck it!"

To John i Gaia razem ze swoimi bliźniakami. Poznali się w latach 90-tych w Londynie, gdzie oboje pracowali jako dyrektorzy kreatywni w topowych agencjach reklamowych. Ich tryb życia łatwo można sobie wyobrazić- nienormowany czas pracy (czyli 20 godzin na dobę przy zamykaniu projektu), dużo stresów, w wolnym czasie zabawa do upadłego, brak snu i nadmiar pieniędzy, których nie było nawet kiedy wydawać. W 2002r. postanowili wypisać się z wyścigu szczurów. Kupili zaniedbane gospodarstwo na włoskiej wsi niedaleko Rimini, wyremontowali je i w 2004 roku otworzyli ośrodek (www.thehillthatbreathes.com), w którym organizują warsztaty jogi, relaksacji, medytacji, a przede wszystkim swój autorski program- "Fuck it!". 

Nie lubię określenia "wyścig szczurów". Mam ambiwalentny stosunek do "New Age" i jego rozmaitych odnóg, a podobnych historii o tym, jak ludzie zrzucają garnitury i przeistaczają się w oświeconego guru słyszałam już wiele, ale mimo tego ta para wzbudza moją sympatię. O rewolucji, której dokonali w swoim życiu mówią z dystansem, nie używają wielkich "uduchowionych" słów, a filozofia ich  życia jest prosta. "Pieprzyć to!":).

Na kursie (za 900 euro za tydzień) można nauczyć się jak odpoczywać (okazuje się, że niewiele osób to potrafi), jak odpuścić sobie i innym, i jak funkcjonować, żeby czerpać z życia jak najwięcej przyjemności, niezależnie od tego, co się wydarza i kto, co o nas myśli.

John jest autorem dwóch best-sellerów "Fuck it!", bohaterem kilku tekstów w prestiżowych tytułach i programów TV. Warsztaty, na które walą już tłumy organizuje w całej Europie. A plany na podbój świata ze swoją filozofią ma jeszcze większe.

więcej znajdziecie tu: www.thefuckitway.com, gdzie poza książkami kupicie też fair-tradową czekoladę o nazwie "Fuck It":)

11:22, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 kwietnia 2010
ciężkie lądowanie na Ziemi

Wróciłam. W sensie fizycznym i psychicznym. Po zimie, które trwała stanowczo za długo i odcisnęła piętno na moim dobrostanie. Nie będę jej dobrze wspominać. Ale za mną długie wakacje (ostatni wpis 7 marca, oj niedobrze!), ładowanie baterii, a teraz trudny powrót do chropowatej rzeczywistości, no bo jednak basen to nie morze, wiosna to nie lato, a panie w spożywczym nie zmieniły się w wiecznie uśmiechniętą sprzedawczynie, która głaszcze moje dzieci po głowach i częstuje owocami. Oczywiście już dziesięć razy zdążyłam się spakować, wyemigrować, zmienić zawód i kupić dom nad oceanem, ale to oznacza tylko tyle, że urlop się udał, definytywnie skończył, a marzenia należy zawiesić aż do następnego wyjazdu.

To były pierwsze wakacje, na których nie przeczytałam ani jednej książki. Czas był, ale nie było ochoty. Wystarczyło mi to, co było dookoła i nie byłam w stanie przyjąć dodatkowych treści w postaci jakiegoś alternatywnego świata, bohaterów i zdarzeń. Funkcjonowałam w trybie offline i bardzo było mi z tym dobrze. Żadnej poczty.wp.pl, żadnego facebooka, żadnych wiadomości.Poważnie zastanawiam się nad tym, jak ten stan przedłużyć, a na razie oczywiście odkurzyłam stałe łącze i przeczytałam m.in, że w Wielkiej Brytanii coraz bardziej popularne są tzw. "reading retreats", czyli krótkie wyjazdy do pensjonatów z dobrze wyposażonymi bibliotekami, gdzie całe dnie można (a nawet trzeba) spędzić w fotelu z książką, a wieczorem organizuje się dyskusje z innymi gośćmi na zadany temat w formule przypominającej klub książki. Do tego pyszne jedzenie i wino, oraz spacery, które sprzyjają trawieniu i rozmyślaniom. Ciekawe, czy ten trend się upowszechni i czy w niedługim czasie okaże się, że po to, żeby przeczytać książkę koniecznie trzeba wziąć urlop i jeszcze słono za to zapłacić, bo na codzień na czytanie czegoś więcej poza mailami i informacjami z sieci, nie ma po prostu czasu.

Na Koh Samui, jednej z popularnych wśród turystów wysp w Tajlandii jest hotel, który nawet wygląda jak biblioteka i tak też się nazywa. The Library, chociaż bardziej pasowała by nazwa- Mediateka.

Tak wygląda hotelowe lobby. Na półkach międzynarodowe książki, albumy, audiobooki, dvd i krążki cd. W pokojach stałe łącze, i Mac, iPod, 42-calowa plazma, odtwarzacz dvd, czyli wszystko to, co współczesnemu użytkownikowi mediów niezbędne jest do życia. Praktycznie można nie wychodzić z pokoju. Tylko po co, w takim razie, jechać aż na Koh Samui?

Może po to, żeby wrzucić na facebooka zdjęcia czerwonego basenu?

Więcej zdjęć i kilka słów na temat "filozofii" hotelu znajdziecie tu:

www.thelibrary.co.th

 

21:45, jucatuitam
Link Komentarze (1) »