RSS
środa, 30 czerwca 2010
jak straciłam osiem godzin życia

"Jak przeżyłaś podróż?"- to jedno z najczęstszych pytań, które zadają mi znajomi. No więc, przeżyłam. Było nawet lepiej niż myślałam. Na moją korzyść na pewno działa to, że uwielbiam latać, a na lotniskach czuję się jak ryba w wodzie. Kiedyś, gdy bywało mi źle jechałam na Okęcie i siedziałam tak w sali odlotów, gapiąc się na rozkłady lotów i na ludzi. Marzyłam, że lecę do Toronto, Tokio, Bombaju. Zgadywałam dokąd lecą inni i w jakim celu- służbowo, na wakacje, na spotkanie z ukochanym? (mam nadzieję, że ta przypadłość nie kwalifikuje się na jakieś poważne zaburzenie). Lotnisko to taki mały mikroświat. Dla mnie niesamowity, z tymi rytuałami pożegnań i powitań, natężeniem emocji związanych z wyjazdem w nieznane, albo powrotem do domu. Kiedyś nawet myślałam, że mogłabym tam zamieszkać, ale to było dawno, kiedy bliżej mi było do nomady niż do statecznej mateczki z dwójką dzieci.

Trasa do Sydney wyglądała następująco. Lot do Wiednia (1h 20 minut). Lotnisko w Wiedniu- to design lat 70 tych w wykonaniu niemieckich. Brzydko, ponuro, obsługa niesympatyczna i austriacki porządek, czyli obowiązkowo dwie godziny przed następnym lotem wszycy mają się zameldować przy "gejcie" i karnie warować w oczekiwaniu na następną komendę. Mała salka, tłok i duszno. Na szczęście dwa telewizory z rozgrywkami meczowymi rozładowują napięcie. Idę do toalety ze strzykawką w kieszeni i czuję się conajmniej podejrzanie. Co zrobię, jak mnie zapytają po co mi do cholery ta strzykawka? W kabinie robię sobie profesjonalny zastrzyk przeciwzakrzepowy z heparyny. W brzuch. W przeciwnym razie ryzykuje życie- bo przy tak długim locie może dojść do zakrzepicy, a ja jestem w grupie zagrożonych. Wsiadamy do samolotu do Bangkoku ( czeka nas 10 godzin w powietrzu). Myślę- poczytam, nadrobię zaległości filmowe ( na liście dostępnych filmów jest nawet ”Wszystko, co kocham Borcucha). Nie mogę zasnąć- bo jak radzą wytrawni podróżnicy, już teraz powinnam funkcjonować, jakbym była w strefie czasowej Australii. To podobno pozwala łatwiej się przestawić. Zadanie trudne, bo w Wiedniu jest 23 w nocy, a w Sydney 7 rano, czyli przez conajmniej 12 godzin sensownie byłoby nie spać. Samolot jest w połowie pusty, więc i ja i fotograf mamy po trzy miejsca dla siebie. Luksus. Prawie jak w biznes-klasie, tylko, że oni mają ładniejsze kocyki i lepsze jedzenie. Stewardessy w czerwonych garsonkach wyglądają jak karykatury urzędniczek w banku. Ktoś naprawdę powinnien zająć się austriackim projektowaniem! Woła o pomstę do nieba. Fotele w barwach zielono, czerwono-, zółtych, obłożone  ohydnym, gryzącym materiałem. Mało miejsca między fotelami. Na szczęście nie ma to znaczenia, po rozkładam się w poprzek całego rzędu. Mój plan bierze w łeb i prawie natychmiast zasypiam.

W Bangkoku uderza nas gorące, wilgotne powietrze aż chciałoby się tu zostać kilka dni, zobaczyć miasto. Ale mamy tylko 5 godzin. Za mało, żeby pojechać do centrum, za dużo na zwiedzanie lotniska, chociaż jest ogromne. Snujemy się w te i wewte, jak po galerii handlowej, zerkając na wystawy sklepów- trochę to straszne, że na całym świecie sprzedaje się dokładnie to samo... Lotnisko w Bangkoku to supernowoczesna szklano-betonowo-metalowa konstrukcja. Infrastruktura jak wszędzie. Poza tym lokalna ciekawostka: jest kilka punktów z masażem- można wymasować się od stóp do głów, zrobić manicure i pedicure. My decydujemy się na opcję najtańszą i po prostu bierzemy prysznic.

Lot Bangkok-Sydney to następne 10 godzin. Obsługują go Thai Airlines. I odtąd jest to dla mnie numer jeden na liście linii lotniczych. Pełen luksus, znacznie więcej miejsca, śliczne stewardessy w sukniach do ziemi witają nas w drzwiach samolotu, składając na powitanie ręce, w charakterystycznym ukłonie. Wszyscy są uprzejmi, donoszą napoje, drinki, przekąski, bez ograniczeń. Rozdają wilgotne, ciepłe ręczniki do wytarcia twarzy. Nie protestują, kiedy kilka osób, które już nie mogą wytrzymać w pozycji siedzącej stoi w korytarzu, albo ćwiczy w samolotowej kuchni. I znowu mamy szczęście i po trzy siedzenia na osobę. Ale nie mogę już zasnąć. Oglądam film z Sandrą Bullock w ten sposób, że zgaduję kolejną kwestię, która zostanie wypowiedziana i mam z tego straszny ubaw. Wygląda to mniej więcej tak.

Pani A ( do Sandry Bullock): Bardzo zmieniłaś jego życie. 

Ja:  teraz ona powinna odpowiedzieć- Nie, to on zmienił moje.

Sandra Bullock: Nie, to on zmienił moje.

Ja: Bingo.

W ogóle polecam ten sposób oglądania szmirowatych filmów. Nagle robi się ciekawie. Potem jest Sherlock Holmes (świetne aktorstwo) i  To skomplikowane-film z Meryl Streep i Alekiem Baldwinem. Lekka komedia, ale coś ma w sobie uroczego i odświeżającego. A potem już tylko patrzę się na ekran z mapą, która pokazuje ile jeszcze zostało nam czasu do lądowania. Zanim jednak wyjdziemy z lotniska minie kolejne 1,5 godziny.

W sumie od wyjścia z domu do przyjazdu do hotelu mija jakieś 31 godzin. To jednak koszmar.

 

14:06, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 czerwca 2010
z drugiej półkuli

I pytanie z zupełnie innej szerokości geograficznej, nie tak atrakcyjne jak piknik z widokiem na port.

Co robicie, gdy: macie dzieci w wieku przedszkolnym, przedszkole właśnie się zamyka na dwa miesiące, nie jedziecie na wakacje, nie możecie wziąć urlopu, dziadkowie wyjeżdżają, a nawet jeśli nie, to macie taki układ, że nie zajmą się dziećmi, a wy musicie, choćby waliło się i paliło, chodzić do pracy? No i co wtedy: jakaś przedszkolna akcja lato w mieście, dyżury przedszkolne, rodzicielskie, praca na nocną zmianę? Jakieś inne pomysły? Bo moje zanim zdążyły wykiełkować, już zwiędły.

22:54, jucatuitam
Link Komentarze (5) »
światło po zmroku

Tak wyglądały słynne "żagle" Opery w Sydney po zmroku, podczas festiwalu światła i muzyki, VIVID (www.vividsydney.com), który zakończył się kilka dni temu. Kuratorami festiwalu byli m.in. Lou Reed i Laurie Anderson, która na początku czerwca zorganizowała koncert pt."Music for dogs"- pierwsze tego typu przedsięwzięcie w Australi, jeśli nie na świecie. Na dziedzińcu opery, czworonogi razem z właścicielami mogły posłuchać specjalnie skomponowanego dla nich 20-minutowego utworu. Była też psia kawiarnia, serwująca bułeczki z jajkami i bekonem, kawę i psie przysmaki. Był parking przyjazny psom (cokolwiek to znaczy) i darmowe miski z wodą.

W ramach VIVID, codziennie po 18 na fasadach zabytkowych budynków miasta (m.in. Kościele pod wezwaniem Św. Marii, muzeum Sprawiedliwości i Policji, bibliotece narodowej) wyświetlano slajdy (współczesne instalacje ale też obrazy, kopie archiwalnych dokumentów i karty z ksiąg dokumentujących panowanie chyba najbardziej znanego gubernatora Nowej Południowej Walii- Lachlana Macquarie, zwanego "Ojcem Australi"). To on, według wielu historyków, przyczynił się do przeobrażenia się tej kolonii karnej w kraj wolnych osadników.

Wieczorami, przez centrum Sydney do późnych godzin nocnych ciągnęły tłumy ludzi. Turyści, rodziny z malutkimi dziećmi, grupki studentów i fotografowie-amatorzy, z których co drugi dźwigał ciężki statyw i obiektyw imponujących rozmiarów. I chociaż to była zima i noc, to jednak w tym mieście ciężko zrezygnować z opcji "piknik" , więc były i lody o północy i kawa i kanapki z bekonem i bardzo przyjemne rozmowy o niczym z widokiem na ferieę zmieniających się obrazów. 

22:40, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 czerwca 2010
miasto ludzi szczęśliwych

To jest moje trzecie podejście do tej notki. Spędziłam nad nią dwa razy po 1,5 godzin, a potem po naciśnięciu komendy "publikuj wpis", ku mojej rozpaczy, wszytko znikało. Nie do odzyskania. W ogóle dzisiaj mam taki piątek, trzynastego. W szczególy nie będę wnikać, bo to raczej nudne. Dość, że zaczęło się od porannego biegu przez miasto, z mokrymi włosami (stwierdziłam, że skoro i tak pada to nie będę ich suszyć) i połamaną parasolką. Widok żałosny. I to był widok, który jest sponsorem dzisiejszego dnia

A notka była o tym:

Czyli o miłości od pierwszego wejrzenia. Zakochałam się w Sydney. Od razu i bezwarunkowo. Źle to rokuje dla tekstów, które muszę napisać, bo dobry dziennikarz to obiektywny dziennikarz, więc będę musiała się choć trochę odkochać. Tylko jak?

To miasto ma przestrzeń i oddech. Duża metropolia z klimatem prowincji. W tkankę miasta natura wdziera się  i dyktuje warunki. Do tego klimat bardzo łaskawy. Teraz tam jest zima, czyli 18 stopni, co nie przeszkadza surferom pływać w piankach na desce dopóki nie zapadnie zmrok.

W Sydney jest 70 plaż, są duże, zadbane parki, na ulicach skrzeczą papugi, a ludzie w środku miasta hodują pomarańcze i cytryny. Takich roślin i zwierząt jak tam, nie widziałam nigdzie indziej na świecie. To miasto, które żyje na zewnątrz- ludzie jedzą lunch w parku na trawie, po pracy jeżdżą na którąś z plaż, żywią się w lokalnych knajpach (jeśli ich stać, to nawet trzy razy dziennie; sushi jest tańsze od McDonalda) i mają absolutnego bzika na punkcie sportu. I nie mam na myśl tylko kibicowania ( to też), ale o praktykę. Tutaj się nie chodzi, tylko biega, jeździ na rowerze, pływa na desce, gra w golfa, w siatkówkę, a przynajmniej szybko chodzi, z krokomierzem w ręku. To miasto, w którym ludzie zdecydowanie wolą się wyspać w weekend, niż przeleżeć go w łózku, lecząc kaca. Kiedy w niedzielę wyszłam na spacer o godzinie 8.30 rano, ku mojemu zdumieniu, okoliczne kawiarnie były pełne. Lokalni mieszkańcy, w dresach (po bieganiu, przed, albo w trakcie spaceru z psem) czytali gazety, jedli śniadanie i rozmawiali z sąsiadami, racząc się owsianką, jogurtem z owocami, albo jajecznicą z jajek ekologicznych. ( W kawiarnianym koszyku na gazety, poza prasą codzienną, dominują magazyny na temat zdrowia). Każdego mojego rozmówcę pytałam o co chodzi z tą obsesją na punkcie bycia "fit" i każdy udzielił mi innej odpowiedzi.

"Mieszkańcy Sydney zimą marzną i popadają w przygnębienie. Żeby podnieść sobie poziom endorfin ruszają się jeszcze więcej niż zwykle. Dlatego jest to tak widoczne"

"To miasto zobowiązuje. Większość czasu chodzi się tu w bikini i szortach, odkrywamy ciało-dlatego warto, żeby dobrze wyglądało".

"Wiesz, nie mamy specjalnie własnej kultury, ale lubimy rywalizować, więc postawiliśmy na sport. Co tam, że mamy tylko 20 milionów mieszkańców. Udowodnimy światu, że stanowimy światową potęgę atletów".

"Myślę, że to pozory. Statystyki mówią, że jesteśmy na drugim miejscu, jeśli chodzi o otyłość na świecie"

"A po co siedzieć w domu, kiedy przez większość roku świeci tutaj słońce. Siedzenie w domu to marnotrawienie czasu. Tutaj chce się żyć i ruszać. W domu umierają ludzie".

No to teraz, jak udało mi się coś wreszcie wydukać, będę was raczyć od czasu do czasu odcinkami z serialu pt. "Ptaki ciernistych krzewów, czyli moja błyskawiczna wizyta na drugim końcu świata, albo czy to prawda, że Sydney wymawia się "Sidni", a koala to wcale nie miś?".

ps. a wiecie jak się nazywa po polsku "jet-lag"? "zespół długu czasowego". Ładnie, prawda? Długu niestety nikt nie oddaje i trzeba swoje przecierpieć.Stąd ten bełkot.

Dobranoc

21:32, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
pierwsza premier Australi

To niesamowite. Ledwo wróciłam, a taka wolta ma miejsce w australijskim rządzie. Dzisiaj, wicepremier Australii-Julia Gillard został zaprzysiężona na pierwszą w historii kraju premier i jednocześnie przewodniczącą Australijskiej Partii Pracy (ALP). Dotychczasowy premier-Kevin Rudd (i szef ALP) ustąpił z obu stanowisk, ze względu na dramatycznie spadające poparcie (na jesieni mają odbyć się wybory parlamentarne w Australii).

O Gillard mówiły mi wszystkie kobiety, z którymi rozmawiałam w Sydney. Jej nazwisko padało za każdy razem, kiedy pytałam o autorytety, wzorce, kobiety w polityce. " Julia Gillard", bo jest bezkompromisowa, niezależna, nie owija w bawełne. Bo jest odporna na to, że wielokrotnie wytykano jej brak dzieci i męża. Nie próbowała "zmiękczyć" swojego wizerunku, żeby przypodobać się publice, a podobno Australijczycy cenią sobie autentyczność. Jak powiedziała mi jedna z dziennikarek: "Mamy wyjątkowy czujnik na wciskanie kitu i bardzo nie lubimy jak ktoś robi z siebie kogos, kim nie jest".

Trzy lata temu australijską prasę obiegło zdjęcie Gillard, która pozuje w swoim domu w Altonie, w pustej kuchni, obok pustej patery na owoce.

Zarzucono jej, że jest robotem, a nie kobietą ( bo jak wyznała publicznie-nie gotuje i nie sprząta, robi to jej partner). Jednocześnie jeden z senatorów przeciwnej partii nazwał ją "bezpłodną i jałową". Stwierdził, że jako kobieta bezdzietna i niezamężna nie powinna pełnić tak wysokiego stanowiska, bo nie ma pojęcia o wielu sprawach, którymi żyją obywatele. W mediach rozpętała się burza, senator za swoje słowa przeprosił, a Gillard z godnością i dystansem odniosła się do całej sprawy. Przy okazji powiedziała, że Australisjkie kobiety dokonują różnych wyborów życiowych i nie potrzebują doradców, jak mają żyć. Jej zadaniem jest je wspierać, bez względu na to, na co się decydują.

Ciekawa jestem, co dalej po tej wolcie. Rudd wiele obiecywał, ale niewiele zrobił, poza paroma symbolicznymi gestami, jak słynne przeprosiny z 2008 roku za prawie 100 lat ostrej polityki rządowej, która dążyła do asymiliacji Aborygenów m.in. przez odbieranie im dzieci i oddawanie ich w opiekę białym. Za gestami, nie szły jednak żadne czyny. Co więcej, podczas jego kadencji, rząd zaostrzył politykę wobec Terytorium Północnego (gdzie 30% mieszkańców stanowią Aborygeni) i zawiesił Akt przeciwko dyskryminacji, co pozwala w zasadzie na wszystko. (więcej na ten temat przeczytacie w sierpniowych Obcasach). To samo z obietnicami dotyczącymi ochrony środowiska, którymi Rudd szafował w czasie kampanii. Nic z tych obietnic nie wynikło. Przez ostatni tydzień oglądałam go w wiadomościach, jak próbował tłumaczyć się z kolejnych spraw, z których się nie wywiązał. Sprawiał okropne wrażenie- śliski, upudrowany, zakłamany do bólu, wypluwający z siebie jakieś puste frazesy. Nie dziwię się, że ludzie mieli go dosyć, a ich czujniki "na wciskanie kitu" były przeciążone.

Naprawdę jestem ciekawa, w którą stronę pójdzie nowa premier. Na jesieni wybory, które dla wszystkich są obowiązkowe. W Australii nie ma problemu z frekwencją-jeśli ktoś się nie stawi na głosowanie, musi płacić grzywnę.

20:21, jucatuitam
Link Komentarze (4) »
wtorek, 08 czerwca 2010
Czas Snu

10 godzin w samolocie, przesiadka i kolejne 10 godzin. Radykalna zmiana czasu, klimatu, pory roku, bo tam jest teraz zima i od tygodnia leje tak, że deszcz pada poziomo.

Będzie intensywnie i nierealnie. 6 dni na miejscu, każdy wypełniony od rana do nocy spotkaniami, rozmowami i pochłanianiem bodźców. Bardzo mnie to cieszy, nie mogę się doczekać, wielka przygoda i wielka niewiadoma. Z drugiej strony to pierwszy w życiu wyjazd bez dzieci i męża. Pierwsze takie długie rozstanie. Zastanawiam się jak wyciąć sobie część mózgu, która jest na zawsze powiązana z dziećmi, jak się nie rozchorować ze zmartwienia- czy wszyscy zdrowi, czy dobrze śpią, czy nie tęsknią tak bardzo, że nie mogą jeść. Moje poczucie winy jest wprostpropcjonalne do ekscytacji. Zabójczy koktajl, który objawia się rozdrażnieniem, ściskiem żołądka i bezsennością...

Dużo czytam teraz o sytuacji Aborygenów w Australii i to, co czytam jest wstrząsające- potworna bieda, bezrobocie, alkoholizm, fatalne warunki mieszkalne, odbieranie dzieci siłą...Aborygeni żyją przeciętnie 15 lat krócej niż pozostali Australijczycy, kobiety są 45 razy bardziej narażone na przemoc domową, w zeszłym roku rząd odberał matkom 4300 dzieci (oficjalnie zabrano je z rodzin patologicznych, ale przeciwnicy rządu to kwestionują).

Pomiędzy Północnym Terrytorium, gdzie Aborygeni stanowią  ok.30% mieszkańców (na tle całej populacji w Australii jest ich 2%, czyli ok.400tysięcy) a uprzywilejowanym, bogatym  Sydney jest ogromna przepaść. To są w zasadzie dwie Australie. Różne prawa, różny poziom edukacji, dostępu do miejsc pracy. Historia praw ustanowionych na rzecz Aborygenów jest długa i skomplikowana. Obecny rząd Kevina Rudda ciągle podejmuje kolejne programy i inicjatywy naprawcze, które mają zasypać tę przepaść, ale znowu większość aktywistów jest zdania, że to tylko zasłona dymna a działania rządu tylko pogłębiają i tak dramatyczną sytuację Aborygenów.

Mam nadzieję, że uda mi się spotkać z młodą prawniczką, aktywistką i badaczką, która pracuje na Uniwersytecie w Sydney w centrum badań nad rdzenną ludnośćią, która będzie mogła opowiedzieć mi więcej na temat obecnej sytuacji Aborygenów i odpowiedzieć na wiele moich pytań.

A tymczasem tutaj możecie poczytać o incjatywie, powołanej w Sydney w obronie praw Aborygenów. www.stoptheintervention.com

Tutaj portal poświęcony Aborygenom prowadzony przez australijską telewizję publiczną http://www.abc.net.au/indigenous/, a tu film dokumentalny o grupie kobiet z małego miasteczka Lithning Ridge, gdzie w ciągu ostateniego roku odebrano Aborygenkom 37 dziecihttp://www.abc.net.au/indigenous/tv_video/message_stick.htm

12:30, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 czerwca 2010
Dlaczego nie czytam forum

A tu komentarz nt. Australii z forum. Podpisano: Polak.

'Ludzie z przyklejonym do twarzy usmiechem sa tak naprawde wredni i sprzedadza cie wladzom (czyt.zakabluja) jak tylko nadarzy sie taka okazja.Masa domow jaka zostala tu wybudowana prosi o pomste do nieba,te domy sa jak domki z kart,a archaiczne instalacje wewnatrz ich napawaja nas strachem czy czasami cos sie nie zapali,albo nie wybuchnie gaz ktorym czuc tu wokol kazdego domu..Koszmar, lekcewazenie zasad bezpieczenstwa,lekkomyslnosc a wlasciwie bezmyslnosc-oto cechy,ktore mozna przypisac australijczykom.Ich wiedza konczy sie za furtka ich domu,moga rozmawiac tylko o pogodzie w tym swoim niezrozumialym dla nas slangu..Nauka angielskiego tutaj to ciezki kawalek chleba poniewaz studenci maja tu naprawde ciezkie zycie(dokladajac jeszcze plus 40 w lato)mozna zwatpic i postradac zmysly.Poza tym ten slang..Dlaczego doskonale rozumiem anglikow,a ozich nie moge zrozumiec?Ich angielski jest tragiczny,szybki i belkotliwy na maxa.Ogolnie poza oceanem i kilkoma atrakcjami,palmami rosnacymi przy ulicach i kangurami(tylko w zoo)nic tu dla nas Polakow ciekawego nie ma.My mamy w Polsce 100 razy wyzsza technologie,normalne krany i gniazdka,wiekszy luz w zyciu codziennym (Australia to panstwo policyjne) i wszystko to co lubimy (chociazby polskie wedliny)Tu jedzenie jest koszmarne.Wiecej minusow niz plusow dla Australii od nas,Polakow ktorzy mysleli ze tu jest raj na ziemi.A tu tylko wielkie rozczarowanie.'

16:18, jucatuitam
Link Komentarze (7) »
Tam na dole

-Co wiecie na temat Australii?- zapytałam znajomych.

-Kangury, misie koala, pustynia, budynek opery w Sydney, Aborygenii i Kylie Mingoue- to mniej więcej tyle. Kilka osób dorzuciło jeszcze Petera Weir'a reżysera 'Pikiniku pod wiszącą skałą', Nicole Kidmann, Hugh Jackmann'a i 'Priscilę, królową pustynii'. Jeden znajomy wymienił Kevin'a Rudda. Premiera Australii. Ale on pracuje w MSZ;-)

A potem zaczęliśmy z rozrzewnieniem wspominać czasy podstawówki, kiedy Australia kojarzyła nam się z życiem na farmie, gdzie nie trzeba chodzić do szkoły a lekcje prowadzi się na odległość, przez radio. Nie pamiętam już skąd była ta informacja, może któryś z Teleranków był poświęcony Australii.

-Dlaczego polskie gazety nie piszą o Australii?-zapytałam doświadczonego dziennikarza.

-Bo tam nic specjalnego się nie dzieje-odpowiedział.

-Nuda- dodała pewna reporterka. Kolega, który tam mieszka od lat i żyje mu się tam bardzo szczęśliwie, potwierdził.

W polskiej wikipedii, o kulturze w Australii jest tylko jedno zdanie: 'Pierwsze amatorskie przedstawienia teatralne odbywały się w teatrach więziennych. Pierwszy teatr w kraju powstał w Sydney (1830) i nazywał się Theatre Royal.' I koniec, ani słowa więcej.

A mnie ten kraj zaczyna fascynować. Im więcej o nim czytam, tym bardziej. Począwszy od statystyk:

Sydney jest siedem razy większe od Paryża, prawie 30%  mieszkańców porozumiewa się w domu drugim językiem, mieszka w nim 200 różnych narodowości, ma dostęp do 70 plaż

W Australii wydaje się 3 000 gazet, a najbardziej wiekowe pismo dla kobiet Tha Australian Weekly wychodzi od 1933 roku!

Przez ustrój: Australia jest monarchią konstytucyjną, głową państwa jest gubernator generalna, która reprezentuje królową Elżbietę II

Po ludzi. Przygotowując się do wyjazdu, rozmawiałam z kilkunastoma osobami, które mieszkają w Australii. Wszyscy, poza jedną, urodzili się poza granicami kraju. Większości rodzice są różnej narodowości. Większość z nich, poza pracą na codzień, dodatkowo pisze, maluje, prowadzi działalność pro-ekologiczną, udzielają się jako wolontariusze, działają w alternatywnym radiu, są dziennikarzami-free-lancerami albo przynajmniej prowadzą bloga-którego odwiedza kilka tysięcy osób dziennie (np. o kosmetykach:-)).

Zajrzyjcie tutaj. Swoją drogą świetna strona prowadzona przez Izbę turystyczną, promującą Australię zagranicą. 100 rzeczy, które możecie zrobić tylko w Australii (np. poddanie się kuracji uzdrawiającej, którą praktykuje się od 40 tysięcy lat, albo 'wydojenie' najbardziej jadowitego pająka na świecie)

http://www.australia.com/campaigns/100_things/aus-traveller/index.html

Na tej stronie, z kolei, jest 30 tysięcy zdjęć z różnych zakątków Australii, które zamieścili turyści. Do każdego zdjęcia jedno krótkie zdanie o tym, czego doświadczyli

http://www.nothinglikeaustralia.com/index.htm

A do czytania polecam najbardziej zabawnego pisarza wśród podróżników: Billa Bryson'a, który Australii poświęcił książkę Down Under.

Tak na marginesie, Bryson kończy właśnie najnowszą książkę, która ukaże się w październiku. Tym razem autor wyrusza w podróż po... swoim własnym domu. Książka będzie o codzienności, w której każdy sprzęt domowy, kazda poduszka, kawałek rury, wanna i łóżko to kopalnia wiedzy na temat historii ludzkości.

 

 

15:27, jucatuitam
Link Komentarze (6) »