RSS
wtorek, 28 czerwca 2011
24 h w Londynie

Co można zrobić przez 24 godziny na wyjeździe służbowym do Londynu?

Można na przykład przeprowadzić bardzo ciekawą rozmowę na temat kariery w telewizji, kulis prowadzenia wiadomości oraz godzenia intensywnego życia zawodowego z równie intensywnym życiem rodzinnym. A przy okazji, zwiedzić kultowy budynek, który po 50 latach służenia najlepszej telewizji świata, poszedł właśnie pod młotek. Plotki głoszą, że niedługo powstanie tu kolejna galeria handlowa. A swoją drogą, pięćdziesięcioletnia stołówka BBC ma własne konto na twitterze i nadaje stamtąd bardzo ciekawe wiadomości (kto kupił co, kto jest na diecie, a komu wpadł włos do zupy).

Można też minąć się w drzwiach z Rickiem Gervais, zwiedzić ogród najstarszego w historii telewizji programu dla dzieci- Blue Peter, oraz przyjrzeć się, jak się pracuje w weekendy w BBC. Pełną parą, oczywiście. A jednocześnie, jakoś tak bez napięcia i non-szalancko. Dress-code obowiązuje tylko na wizji. Poza tym, szare wyciągnięte sweterki, kanapki z automatu i trzydniowy zarost, czyli witamy w świecie dziennikarzy, którzy kochają to, co robią.

Można pokontemplować 9-metrową rzeźbę na stacji kolejowej St. Pancras i pozastanawiać się, czy jest kiczowata, jak twierdzą sceptycy, czy może romantyczna i imponująca, jak uważają zagorzali zwolennicy. Szczerze? Wolałabym, żeby w Warszawie było więcej takich kiczowatych pomników zamiast kolejnej tablicy upamiętniającej.

Można wejść do rzeki turystów, która płynie głównymi arteriami miasta w 30-stopniowym upale i być wdzięcznym, że moja metropolia z różnych względów, tak oblegana nie jest. Można też wyrazić ubolewanie nad tym, że jeszcze 10-15 lat temu w Londynie co krok spotykało się oryginalnie, ekscentrycznie ubranych przechodniów, a dzisiaj, na początku sezonu, wszyscy, niezależnie od kraju pochodzenia wyglądają podobnie- jak z reklamy pewnej sieciówki. 

Można zajrzeć do Tate Modern ( za darmo), żeby zobaczyć ciekawy dialog współczesnego fotografa z fotografem sprzed wieku, na temat Afganistanu, zdjęcia nowych dokumentalistów oraz coś, co się zawsze chciało zobaczyć na żywo, czyli Schody -koreańskiego artysty Do-Ho-Suh

Można też przez trzy godziny próbować zrealizować fotoreportaż pt.: co ci daje sztuka współczesna? I dojść do smutnego wniosku, że ludzie nic na ten temat nie mają do powiedzenia. W każdym razie, nic ciekawego. 

Można też z dumą stwierdzić, że nadwiślańskie plaże w Warszawie to mistrzostwo świata w porównaniu do tych smutnych wąskich pasków nad Tamizą, gdzie dowieziono trochę piachu i ustawiono parę plastikowych zabawek dla dzieci.

Można zjeść dużo zimnych i ohydnych kanapek od M&S. Wydać majątek na małą miskę zupy. I prowadzić dyskusję na temat przyszłości fotografii w obliczu nowych mediów, popijając cydr w pubie.

Można przejść w sumie jakieś 20 kilometrów, kiedy na stacjach metra nie da się oddychać a rozgrzane powietrze wibruje tak, że ma się wrażenie, jakby za chwilę miało się zemdleć.

Można pójść na targ na Portobello Road tuż przed zamknięciem i pomarzyć o tym, jak fajnie by się żyło w niektórych filmach z Hugh Grantem w roli głównej, a może nawet , jak fajnie by się żyło Z Hugh Grantem, tak w ogóle.

Można pójść na spacer od Kensington Gardens do Hyde Parku, zalec na leżaku i z żalem stwierdzić, że takie leżaki nie miałyby szans utrzymać się w Łazienkach. Zaraz by pewnie zniknęły, wyniesione pod osłoną nocy przez żartownisiów albo zwyczajnych złodziei. A może się mylę? Ach, zapominałabym, że tu trzeba zacząć od pozwolenia na korzystanie z  trawnika, a dopiero później można pomarzyć o czymś do siedzenia. Ale to musiałoby być osobne pismo, na pewno.

Można, siedząc na tych leżakach przez chwilę, powspominać dawne czasy, np. imprezy z czasów liceum.

Można posłuchać starych hitów Bon Joviego, który występuje w Hyde Parku dla publiczności. W płocie otaczającym przestrzeń koncertową jest wystarczająco dużo dziur, żeby podejrzeć scenę, a słychać równie dobrze.

Można przejść się Oxford Street i dojść do wniosku, że w zasadzie nie ma już po co tu zaglądać. W każdym razie nie w tym tłumie, nie o tej porze roku.

Można wsiąść w pociąg i wyglądając przez okno na rogatki Londynu, stwierdzić, że mało co jest równie piękne, jak angielska prowincja.

Można sobie kupić książkę, o której marzyło się od dawna. I skonstatować, że co jak co, ale książki to u nas są w podobnej cenie, a chyba jeszcze tyle nie zarabiamy.

Można też kupić Londyn w miniaturze z drewna dla dzieci. I takie cudne książki, że hej.

Można, z całą pewnością stwierdzić, że kocha się swoją pracę.

 

 

22:49, jucatuitam
Link Komentarze (7) »
wtorek, 21 czerwca 2011
Klucz do sukcesu

Arianna Huffington jest medialną potentatką, założycielką i redaktor naczelną The Huffington Post Media Group, oraz autorką 13 książek. W 2006r. znalazła się na liście 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie, wytypowanych przez magazyn Time.

Pisałam o niej tutaj: http://otymsiemowi.blox.pl/2009/10/huragan-Arianna.html.

W 4, 5 minutowym wystąpieniu dla TED, Huffington przekonuje, że kluczem do sukcesu jest...odpowiednia ilość snu. Brak snu jako sposób na wydłużanie doby, którym szczyci się wiele publicznych osób (głównie mężczyzn) robiących zawrotne kariery, to według niej niezdrowy mit, który może prowadzić tylko do tragedii: osobistych albo zawodowych. Trzy lata temu Huffington doświadczyła tego na własnej skórze. Pracując ponad ludzkie możliwości i śpiąc jedynie kilka godzin na dobę, któregoś dnia nagle zasnęła nad biurkiem. Obudziła się cała we krwi, ze złamaną szczęką i łukiem brwiowym, które rozbiła uderzając gwałtownie o blat. Ten wypadek kazał jej zredefiniować swoje podejście do pracy i do czasu nad odpoczynek. A tutaj nowa filozofia Huffington w pigułce. Dobranoc.


.

16:10, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 czerwca 2011
Big Brother to pestka

Kąpiel nago pod prysznicem na oczach telewidzów? Publiczne zwierzenia na temat ulubionych pozycji seksualnych? Intymne opowieści o pożyciu małżeńskim na blogu? To jest nic. Do katalogu zwierzeń ekstremalnych dołączyły właśnie opowieści z łazienki. Bohaterami są: kobieta, jej partner oraz...test ciążowy. Spontaniczną reakcję należy nakręcić na żywo, bez scenariusza i wrzucić na youtube'a, a potem włączyć licznik i czytać komentarze. To jest lepsze niż Oprah! I w jakimś sensie straszniejsze.

 

 

11:27, jucatuitam
Link Komentarze (15) »
środa, 15 czerwca 2011
nabita w nie biegam

No i nabrałam się. Jak, podejrzewam, kilka tysięcy innych osób. Tydzień temu zauważyłam te billboardy na mieście z hasłem: Nie biegam, bo nie muszę. Nie biegam, bo cieszę się życiem. Myślałam, że to jakaś fajna przewrotna kampania społeczna. Zapisałam nawet na ręce długopisem, żeby sprawdzić o co chodzi.  W sieci znalazłam ich stronę, na facebooku dołączyłam do 28 tysięcy fanów. Ucieszyłam się, kiedy przeczytałam wyjaśnienie "organizatorów":

"Życie jest zbyt krótkie, by tracić cenne chwile na bieganie. Jest zbyt piękne, by szalonym sprintem przemierzać skwery i altany. Jest zbyt ulotne, by pozornym truchtem pokonywać, własne przedpokoje, czy też uczelniane korytarze.

Goniąc za iluzorycznym ukojeniem tracimy najlepsze chwile swego życia, życia, które z każdym długim susem przecieka nam między palcami.

Ludzie - nie dajmy się zwariować – czas powiedzieć STOP! Czas zatrzymać się w tym opętańczym biegu, zacząć cieszyć się życiem i powiedzieć – Dziękuję, nie biegam."
 
A dzisiaj okazało się, że to żadna kampania społeczna, a niestandardowa reklama środków na...rozwolnienie. Cóż za rozczarowanie. Bo nigdzie, ani na stronie, ani na fanpage'u o tym ani słowa. Ciekawe ilu z tych fanów "niebiegania" rzeczywiście ruszy do aptek i czy truchtem, czy sprintem?
Idę kliknąć "unlike".
22:57, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 czerwca 2011
wysoki. śmierć camerona doomadgee

O tej książce pisałam jakiś miesiąc temu. "Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee" (Wydawnictwo Czarne) australijskiej reporterki Chloe Hooper dostał się do finału nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Autorka przyjechała do Polski, ale wtedy nie udało mi się z nią spotkać. Rozmawiałyśmy już po jej powrocie do Melbourne. Oto zapis tej rozmowy i krótki wstęp.

 

Historia jednego zatrzymania

19 listopada 2004r, o godz.10.20 na Palm Island, małej wysepce na północno wschodnim wybrzeżu Australii, w stanie Queensland zamieszkałej głównie przez Aborygenów, aresztowano 36-letniego Camerona Doomadgee. Starszy sierżant Christopher Hurley (tytułowy "Wysoki") zatrzymał go rzekomo za to, że ten obrzucił policjanta stekiem wyzwisk. Według świadków, Doomadge jedynie podśpiewywał swój ulubiony rapperski przebój- ”Who let the dogs out” ("Kto wypuścił psy"). Jak większość mieszkańców Palm Island, był o tej porze już nieźle wstawiony. Po przewiezieniu na posterunek, 45 minut później zmarł. Sierżant Hurley utrzymywał, że aresztowany potknął się wchodząc do celi, upadł i uderzył w głowę. Autopsja wykazała, że śmierć nastąpiła w skutek poważnych obrażeń wewnętrznych, tak poważnych, jakby Doomadgee był ofiarą poważnego wypadku samochodowego- wątroba pękła niemal na pół i nastąpił krwotok wewnętrzny. Sierżant Hurley miał ponad 2 metry wzrostu i ważył 115 kg, Doomadge miał 176 cm wzrostu , ważył ok.74kg.

Po publicznym ogłoszeniu wyniku sekcji zwłok na wyspie doszło do zamieszek- tłum spalił posterunek policji i rezydencję Sierżanta Hurley’a. Policjant uciekł z wyspy, żeby uniknąć prześladowań. W lutym 2005 rozpoczął się żmudny , skomplikowany proces, który miał wyjaśnić okoliczności śmierci Camerona Doomadge. Po jednej stronie stanęła liczna rodzina zmarłego, reprezentowana przez adwokata , który podjął się tej pracy za darmo, po drugiej stanął sierżant Christopher Hurley wspierany przez stanową policję i władze. Proces zakończył się w 2007 r oczyszczeniem Hurleya ze wszystkich zarzutów. Młoda dziennikarka z Melbourne, Chloe Hooper przyglądała się procesowi od samego początku i napisała wstrząsającą książkę, w której usiłuje dociec prawdy. Przy okazji odkrywa prawdy o wiele bardziej bolesne- o stosunku białych do czarnych, o warunkach, w  jakich żyją Aborygeni, o relacjach pomiędzy policją a aborygeńskimi aresztantami, o usankcjonowanym rasizmie.

 - Minęły trzy lata od kiedy skończyła Pani pisać tę powieść. Dwa lata wcześniej była Pani częstym gościem na Palm Island. Śni Pani czasem o wyspie?

Teraz już nie, ale kiedy pisałam tę książkę, dręczyły mnie koszmary. Pojawiał się w nich wysoki mężczyzna, który chciał włamać się do mojego domu. To był przerażające. Na szczęście te sny się już skończyły.

- Pisanie tego reportażu panią zmieniło? W książce napisała pani, że chciała lepiej poznać swój kraj i została za to ukarana. W jakis sposób?
 
Pisanie tej książki nie tyle mnie zmieniło, co mnie rozwinęło. Jakbym nabrała dodatkowego wymiaru.  Czułam się uprzywilejowana, że mogę zauczestniczyć w życiu tych ludzi, usłyszeć ich wersję wydarzeń, dowiedzieć się, jak się z tym życiem borykają. To zwiększyło moją własną perspektywę na życie.  Nie spodziewałam się jednak, że aż tylu białych Australijczyków z północnego stanu Queensland jest w takim stopniu dotknięta głębokim rasizmem. Myślałam naiwnie, że dzisiaj to już się nie zdarza, że taka postawa to już przeszłość. Ale myliłam się. Dla mnie nadal to jest szok. Na tym polega kara. 

-Sytuacja Aborygenów we współczesnej Australii jest tragiczna: bezrobocie, alkoholizm, przemoc, potworna bieda, choroby i przedwczesna śmierć to codzienność. I niewiele się zmienia, mimo tego, że kolejne rządy podejmują nowe inicjatywy w tym  celu. Jak pani zdaniem można wyprowadzić tych ludzi na prostą i wynagrodzić krzywdy ostatnich dwustu lat?

Jak mamy naprawić krzywdy?!- To jest pytanie warte miliony jeśli nie- miliardy dolarów. Kolejne rządy opracowują kolejne odgórne programy naprawcze, które, jak się temu przyjrzeć sprawiają, że sytuacja Aborygenów tylko się pogarsza, a nie polepsza. Wiele tych ogromnych sum, które rząd wykłada na to, żeby ”wyrównywać szanse” znika w niewyjaśnionych okolicznościach- rozpływają się rękach skorumpowanych administratorów, lokalnych władz. Większość ekspertów zgadza się dzisiaj, że jedynym sposobem na wyrównanie szans Aborygenów jest objęcie opieką i przede wszystkim edukacją najmłodszych dzieci, które często w ogóle nie są posyłane do szkół. Trzeba znaleźć sposób na to, żeby rodziców tych dzieci do tego zachęcić, po to, żeby dać Aborygeńskim dzieciom takie same narzędzia i takie same możliwości, jakie dostają pozostałe dzieci  w Australii.

 
- W pani książce jest taka scena, kiedy opuszcza pani salę sądową, po jednym z posiedzeń i przygarnia pod swój parasol w czasie strasznej ulewy jedną z kuzynek Cameroona Doomadgee. Policjanci , którzy gromadzą się pod salą posyłają pani wrogie spojrzenie, które pani odczytuje jako: ”ona jest jedną z nich”. Jest pani jedną z nich?

 Policjanci mieli poczucie, że jestem po stronie Aborygenów i to prawda, że miałam znacznie więcej współczucia dla ich walki o sprawiedliwość niż dla Sierżanta Hurley’a, ale też to co miałam na myśli pisząc ”jedna z nich” to to, że policjanci wtłoczyli mnie w pewien stereotyp. Postrzegali mnie jako ”lewicową aktywistkę z południa, która przyleciała tutaj , żeby ”czynić dobro” i że to jest jakiś polityczny gest z mojej strony.

 -A był?

Nie, nie byłam tą osobą, za którą mnie brali. A gest dzielenia się parasolem był zwykłym ludzkim odruchem. A nie- aktem politycznym.

 -Jaki był stosunek mieszkańców Palm Island do pani? Cała społeczność to niecałe 2 tysiące ludzi, więc wszyscy byli emocjonalnie zaangażowani w ten proces.

I jedna i druga strona, tzn. i biali mieszkańcy, głównie policjanci i czarni, z których wiele była spowinowacona z Cameroonem Doomadgee traktowali mnie z rezerwą. Większość Aborygenów w ogóle nie czuje się komfortowo opowiadając swoją historię białemu reporterowi i zajęło mi trochę czasu zanim zdobyłam ich zaufanie. Na pewno pomogło to, że trafiłam na wyspę razem z prawnikiem, który miał ich reprezentować. On nie był biały, pochodzi z Birmy- i to ich automatycznie zjednało... Zaufanie policjantów było jeszcze trudniejsze do zdobycia. Pozostali podejrzliwi do samego końca, a ci, z którymi udało mi się porozmawiać, zastrzegli, że rozmawiamy ”off the record”.
 

- Czy nadal ma pani kontakt z rodziną Doomadgee? Wydaje się, że bardzo się zbliżyliście w ciągu tych dwóch lat trwania procesu?

Tak,  to prawda, byliśmy blisko, chociaż każdy związek pomiędzy dziennikarzem a jego bohaterem jest bardziej skomplikowany i podlega innym mechanizmom niż zwyczajna przyjaźń i na pewno jest kilka takich rzeczy w książce, o które rodzina Doomadgee ma do mnie żal.

 -Jakich?

Chodzi o moje negatywne wypowiedzi na temat Palm Island. Bo z jednej strony raj, a z drugiej strony- potworna bieda, bezrobocie, alkoholizm. Moja książka jest dla nich bardzo bolesnym dokumentem, jest zapisem wielu bardzo trudnych, rozdzierających wręcz momentów w historii ich rodziny. Ale mimo tego jesteśmy ze sobą blisko. Raz w roku ich odwiedzam, czasem rozmawiamy przez telefon o tym, jak się sprawy mają.

 - Wciąż walczą w sądzie o sprawiedliwość?

Myślę, że na jakimś poziomie oni nigdy nie przestaną walczyć, ale ostatnio odnieśli małe zwycięstwo- Rząd Stanu Queensland oraz Policja Stanowa, po siedmiu latach zapłacili im odszkodowanie za wyrządzone krzywdy.  

- Wie pani co się stało z sierżantem Hurleyem? 

 Wciąż pracuje jako policjant na słonecznym wybrzeżu stanu Queensland, który jest mekką dla turystów. Dostał też awans.

 - Czy myśli pani, że ta sprawa wpłynęła jakoś na stosunek policjantów do Aborygenów, na wymiar sprawiedliwości?

Nie sądzę, żeby ta sprawa zmieniła cokolwiek w podejściu policjantów do Aborygenów, na poziomie prywatnym. Taka zmiana mentalności zajmuje wiele lat, ale wiem też, że żaden policjant nie chciałby się znaleźć na miejscu sierżanta Hurley’a,  który w czasie dwuletniego procesu podlegał niezwykłej presji ze strony mediów i prawników- więc może młodzi policjanci pomyślą dwa razy zanim stracą panowanie na sobą i zaatakują tych, których zatrzymali.
 
- A chciała pani, żeby ta książka coś zmieniła?

Nie. Myślę, że jeśli ktoś zabiera się za pisanie książek po to, żeby zmieniać świat, to na pewno się tym rozczaruje. Napisałam ją po to, żeby udokumentować zdarzenia wokół śmierci Camerona, po to, żeby nie stał się kolejną daną statystyczną. Chciałam, żeby powstał dokładny zapis tego, co miało miejsce. Zdawałam sobie sprawę z tego, że jestem w uprzywilejowanej pozycji- biała, wykształcona, tym bardziej więc czułam się odpowiedzialna za to, żeby nie odwracać się od tego, co widzę, żeby skrupulatnie wszystko zapisywać.

 
 - Po ogłoszeniu wyroku, rozpłakała się pani, dlaczego?

Bo pomimo tego, że przegrali , krewni Camerona podeszli do prawników, którzy ich reprezentowali i podziękowali im. To mnie kompletnie rozłożyło. To był taki akt niesamowitej hojności z ich strony. Ci Aborygeni mieli tak mało i wycierpieli nieskończoną ilość upokorzeń tyle razy ze strony wymiaru sprawiedliwości, a przy tym byli niezwykle godni.
 
-A Chris Hurley- czy wierzy pani w jego niewinność?

Nigdy nie miałam okazji, żeby z nim porozmawiać. Nie zgodził się. Poza sądem- nigdy nie wypowiadał się na ten temat publicznie. Nie mam więc poczucia, że go dobrze poznałam, chociaż rozmawiałam z wieloma osobami, które były z nim blisko. Ale mam w głowie bardzo precyzyjny obraz tego, jaki on jest i...nie wierzę, że był niewinny. 
 
- Czy wciąż pani śledzi, co się dzieje z tą sprawą?

Takie historie nigdy człowieka do końca nie opuszczają. Wciąż mam kontakt z mieszkańcami Palm Island, śledzę na bieżąco ich losy i wiem, że chociaż książką jest już skończona i wydana, ich własne historie o tej stracie i o ciężkim życiu mają dalszy ciąg.

 

 

Sierżant Christopher Hulrey, fot. The Age

Cameron Doomadgee, fot. Brisbane News

Chloe Hooper, autorka "Wysokiego" (wyd. Czarne)

12:35, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 czerwca 2011
Praca kobiet jako kaprys

W poniedziałkowym dodatku Gazeta Praca ukazał się tekst Katarzyny Pawłowskiej-Salińskiej ”Praca to dla mamy tylko hobby”, w której autorka powołuje się na wyniki badań przeprowadzonych w ramach projektu ”Godzenie ról rodzinnych i zawodowych kobiet i mężczyzn”. ( http://wyborcza.pl/1,91535,9735030,Praca_to_dla_mamy_tylko_hobby_.html).

Badania te pokazują, że większość Polaków (mężczyzn i kobiet)  uważa, że ”na pracy zawodowej kobiet rodzina nic nie zyskuje”. Pracująca mama małych dzieci po prostu się realizuje- praca to jej hobby, sposób na wyjście z domu, a dla niektórych nawet kaprys. ”Dlaczego tak sądzimy?”- pyta autorka-”Bo kobiety zarabiają mniej od mężczyzn, a miernikiem korzyści, które praca zawodowa partnerów przynosi rodzinie, są pieniądze- wynika z badań”. Mężczyźni zarabiają więcej (przeciętnie o 23%, dane z GUS-u) więc to oczywiste, że ich praca zawodowa przynosi materialne korzyści, co jednocześnie, jak rozumiem,  daje im prawo do tego, żeby praca była dla nich również źródłem satysfakcji, rozwoju i innych korzyści niematerialnych. Kobieta, żeby mieć do tego wszystkiego prawo musi zarabiać...więcej niż rodzina wydaje na nianię, żłobek albo/i przedszkole- taki nasuwa się wniosek. O zgrozo.

Mam koleżankę, które pracuje na uczelni. Ma doktorat, dwójkę małych dzieci, jej pensja wynosi 2 tysiące złotych. Tyle samo płaci niani za opiekę nad młodszą córką, czasem też starszą, jeśli zachoruje. Jej mąż też jest pracownikiem naukowym. Dla niego fakt, że żona pracuje jest oczywistością. Rozumie, że praca potrzebna jest jej do życia- tak, jak każdemu innemu pracującemu człowiekowi (bez względu na płeć). Praca pozwala jej rozwijać swoje umiejętności, umożliwia jej kontakt z innymi, dorosłymi ludźmi, którzy dzielą jej zainteresowania, pozwala wymieniać myśli, nabierać nowych kompetencji, ponosić porażki zawodowe i sukcesy, itd. Ale okazuje się, że nie dla wszystkich to takie oczywiste.Iza wielokrotnie słyszała mniej lub bardziej dosadne komentarze na temat tego, że jest wyrodną matką, bo całą pensję oddaje niani, tzn.  ”pracuje tylko i wyłącznie po to, żeby jej dziećmi zajmował się ktoś obcy”. Słucham?

Dlaczego pensję mamy, która decyduje się na powrót do pracy po macierzyskim/wychowawczym przeliczana jest na koszt niani, żłobka, przedszkola, a czasem nawet pieluch? Jeśli jest mniejsza niż te wydatki to znaczy, że nie ”opłaca się” jej pracować- do takiego wniosku dochodzi wiele rodzin. Jeśli jest nieznacznie większa, to też należy się poważnie zastanowić, bo co z tego, że po zapłaceniu niani dla jednego dziecka i przedszkola dla drugiego rodzina będzie mieć 100 złotych na plusie? Jeśli pensja jest znacznie wyższa, to oczywiście dylemat finansowy znika. Ale przecież wydatki na nianię i  przedszkole to są wydatki, które powinny występować na długiej liście wydatków ze WSPÓLNEGO budżetu domowego. Dopisuje się je do tej listy, kiedy przychodzi czas na nianie, żłobek, czy przedszkole, pojawiają się kolejne dzieci. Kiedy kobieta wraca do pracy to po prostu dokłada swoją część do tego budżetu, a wydatki, również te na nianie/ żłobek/przedszkole stają się wspólne. Ale jak wynika z badań, tak o nich nie myślimy. Bo kiedy pojawia się kwestia niani i pracy mamy, zaczyna się kalkulacja, czy to się opłaca. I z tego powodu rzeczywiście wiele kobiet decyduje się na zostanie w domu- bo przecież nie będą przedkładały swoich potrzeb, swojej satysfakcji nad dobro rodziny. Może decydują się na to również dlatego, że jeśli mają oddać całą swoją pensję niani i jednocześnie zmierzyć się ze stereotypem ”wyrodnej matki”- to wolą już na te kilka lat dać sobie spokój. Może też dlatego, że swojej pracy zwyczajnie nie lubią i wolą zająć się dzieckiem niż do niej wracać, co nie dziwi, ale nie o takiej sytuacji piszę. Piszę o kobietach, które swoją pracę lubią i jej potrzebują.

Z jednej strony mnie to nie dziwi. Ludzie i tak mają mnóstwo wydatków (jak wiadomo jesteśmy pozadłużani na potęgę), a zostanie na wychowawczym, co tu dużo mówić, jest po prostu dla rodziny oszczędnością. A z drugiej mnie dziwi i denerwuje- bo problem godzenia pracy i życia rodzinnego nie powinien być problemem tylko i wyłącznie kobiety, powinnien być problemem obojga rodziców. Zwłaszcza, że  będzie on, moim zdaniem, narastał, nie malał i to nie tylko z powodu braku żłobków i przedszkoli, również dlatego, że zaangażowanie babć (rzadziej dziadków) w pomoc w opiece nad wnukami będzie raczej, tak jak to się dzieje w Europie Zachodniej również słabnąć. Coraz częściej, starsi rodzicie mają swoje życie, swoje plany, które chcą realizować, i nie chcą poświęcać swojego cennego czasu na pomoc dorosym dzieciom. W sumie nie ma się czemu dziwić. Coraz więcej rodzin, które decydują się na dzieci będą musiały więc korzystać z płatnej opieki, w mniejszym lub większym wymiarze. Wydatki się zwiększą.

Nawet jeśli dziecko chodzi do przedszkola, to choruje, w pierwszym roku wyjątkowo często. Kto bierze zwolnienia? Głównie mamy- jak ktoś nie wierzy, proszę popytać wśród znajomych. Dla niektórych kobiet, niestety, jest to argument za tym, żeby nie wracać do pracy również w pierwszym roku przedszkola: ”Będę brać co chwila zwolnienie, to mnie wywalą”. A potem jest szkoła i jest jeszcze gorzej, bo przedszkole przynajmniej jest czynne od 7.30 do 17, a szkoła jest często na zmiany, lekcje czasem kończą się o 12, 13, czasem zaczynają o 11. itd. więc znowu pojawia się problem ”godzenia pracy zawodowej i życia rodzinnego” i znowu może paść pytanie o opłacalność pracy kobiety. Do czego zmierzam? Do tego, że jeśli o pracy matek będziemy myśleć tylko i wyłącznie w kategoriach opłacalności lub braku opłacalności, to konkluzja jest jedna:  matki powinny siedzieć w domu przynajmniej dopóki dzieci nie będą w stanie samodzielnie chodzić do szkoły, wracać z niej, oraz same przygotować sobie posiłek i się sobą zająć. Czyli ok.10-12 roku życia. Nieobecność na rynku pracy przez 10 lat to jest zawodowe harakiri. Osobiście uważam, że nieobecność na obecnym rynku przez 3 lata to jest duże ryzyko, ale to osobny temat. Takie myślenie to jest droga donikąd. Więc jeśli mamy dyskutować na temat ”godzenia pracy zawodowej i życia rodzinnego”, to w inny sposób. Chętnie porozmawiałabym też o tym, jak to mężczyźni godzą pracę zawodową z życiem rodzinnym, z czego rezygnują, jak zmieniają swoje grafiki, jak są elastyczni, jak często biorą zwolnienia na dziecko, jak często chodzą z nimi do lekarza, odbierają i przyprowadzają do przedszkola/ szkoły, jak wreszcie angażują się w poszukiwanie opiekunek, jeśli oczywiście praca ich żon jest opłacalna dla rodziny.

11:37, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 czerwca 2011
Dr. Wikipedia prawdę ci powie

"Prokrastynacja", nie mylić z "prokreacją", bo to zupełnie jej przeciwieństwo. Lubię to słowo i często używam w odniesieniu do tego, co aktualnie robię (albo raczej czego nie robię). Myślałam do tej pory, że to taki ładny synonim lenistwa; słowo, które opisuje stan, kiedy robi się wszystko inne zamiast tego, co robić się powinno (np. pracować), takie typowe zwlekanie, odkładanie na jutro. A tu proszę, dowiedziałam się z wikipedii, że to zaburzenie psychologiczne i to poważne: "Prokrastynacja najczęściej pozostaje nierozpoznana, a prokrastynatorów uważa się za leni, przypisując im brak siły woli i ambicji. Dopiero niedawno uznano, że faktycznie jest ona zaburzeniem psychologicznym". W dodatku trudno się je leczy, bo środki farmoakologiczne albo zbyt rozpraszają pacjenta albo zbyt go uspakajają i wtedy też nie może sie zmotywować do działania.

Pocieczyła mnie Dr.Wikipedia. Znacznie lepiej mieć świadomość, że jest się chorym niż leniwym. Cierpię na "prokratynację" od jakiegoś czasu i chyba zamiast zabrać się za te wszystkie zaplanowane wywiady i teksty, pójdę po prostu do lekarza. Ciekawe co on na to? 

A tak przy okazji, pomyślałam sobie o tym, jak wiele różnych ludzkich zachowań traktuje się jako zaburzenia. Praktycznie ze wszystkiego możemy się dzisiaj leczyć, z tego, jacy jesteśmy też. Lista uzależnień jest nieskończenie długa i robi się jeszcze dłuższa. W Stanach są nawet grupy Anonimowych Kawoszy. Cienka jest linia między zdrowiem psychicznym a patologią. Pomartwię się tym trochę, zamiast zabrać się do pracy.

13:49, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
środa, 01 czerwca 2011
czekoladowe tortury

fot. Johny Misheff

Martynka Wawrzyniak (rocznik 79) wyjechała z Polski mając 8 lat, najpierw do Nowej Zelandii, potem do Nowego Jorku. Jest artystką, fotografką, performerką i żoną znanego, kontrowersyjnego fotografa Richarda Kerna.

Zakochałam się w pracy Martynki, która będzie pokazywana na Bienale w Wenecji w ramach "Commercial Break". Ma tytuł 'Choclate'. Możecie ją obejrzeć pod tym adresem:

 

http://vimeo.com/18999606

Przez dziewięć minut, Kern dosłownie zatapia Martynkę kilkudziesięcioma litrami płynnej czekolady. Jest w tej pracy duży ładunek emocjonalny, jest seks, perwersja, przemoc, przyjemność i poświęcenie. W rozmowie z The New York Times, artystka przyznała, że przed nakręceniem wideo była na diecie sokowej, a na co dzień w ogóle nie je cukru, więc spożycie takiej ilości czekolady naraz było dla niej porównywalne z zażyciem mocnego narkotyku.

Więcej o Wawrzyniak na jej stronie www.martynka.com

 

Z ostatniej chwili: Martynka przyjeżdża w przyszłym tygodniu do Polski i w piątek, 10.06 będzie na otwarciu swojej wystawy w poznańskiej galerii EGO.

22:45, jucatuitam
Link Komentarze (2) »