RSS
czwartek, 29 lipca 2010
i-czytelnik

Czy macie poczucie, że od czasu, kiedy nastał Internet czytacie mniej? A może czytacie właśnie więcej? Mniej książek, więcej artykułów prasowych, tekstów, blogów, newsów? Czy czytacie gazety w Internecie, czy wciąż kupujecie w kiosku? A książki- czy przerzuciliście się na e-booki, czy nadal wolicie klasyczne wydawnictwa, a może jedno i drugie? Czy czujecie różnicę? Papierowa książka ma dla was jakąś emocjonalną wartość? A e-książka? Czy to bez znaczenia?

Na Zachodzie już od dłuższego czasu toczy się poważna debata na temat domniemanej, czy też realnej agonii prasy papierowej i książek. Mam wrażenie, że w Polsce dyskusja na ten temat dopiero się zaczyna, być może dlatego, że nie jesteśmy aż tak "ztechnologizowanym" społeczeństwem, jak np. Stany. 

Narzędzi do czytania e-literatury pojawia się, jak wiadomo coraz więcej- jst iPhone, jest Kindle, teraz iPad. Niedługo pewnie na rynek trafi kolejne super-urządzenie- jeszcze cieńsze, jeszcze lżejsze i tańsze. Co ciekawe, każde z nich ma jak najlepiej imitować rzeczywistość (pewnie niedługo będzie dostępna opcja, dzięki której czytnik będzie pachniał papierem). Na stronie Apple przeczytałam, że w nowym I-padzie można "przewracać" strony, jak w normalnej książce, schować pasek z funkcjami tak, żeby już nic nie mogło przypominać o tym, że mamy do czynienia z nowoczesną technologią. Tylko "kartka" z tekstem i Ty- reklamuje producent. Tylko, że to nie jest właśnie "kartka", a wielki ekran dotykowy, nie papier- a szklano-aluminiowe pudełko. I z jednej strony fajnie mieć w takim pudełku, które waży niespełna kilogram- tysiące książek, gazet, czasopism, encyklopedii i słowników, ale z drugiej...Nie wiem, może ja jestem starej daty. Na pewno jestem. Ale ta przyjemność z szukania książek po księgarniach i antykwariatach, przeglądania ich, dotykania, wąchania, kupowania ich na prezenty, odkładania pieniędzy na "książki życia", segregowania ich na półkach- układania w działy tematyczne, alfabetycznie albo jeszcze inaczej- tego wszystkiego żadne, nawet najbardziej cudowne pudełko nie zastąpi. I jeszcze jedno. Nie wiem, czy wy tak macie, ale kiedy odwiedzam kogoś w mieszkaniu, pierwsze co robię to zerkam na biblioteczkę- co tam stoi? Acha, to, to i to. I już mi do tego człowieka bliżej (albo dalej;-), ale przynajmniej mam takie poczucie , że trochę więcej o nim wiem. A teraz, co mam powiedzieć? Pokaż mi swojego iPada?

W najnowszym numerze Tygodnika Powszechnego  tematem numeru będzie właśnie czytanie w po-nowoczesnym świecie. A tu już (udostępniona w internecie;-) rozmowa z Jerzym Sosnowskim): http://tygodnik.onet.pl/30,0,49975,szybkie_slowa,artykul.html

(na zdjęciu najnowszy iPad, ze strony www.apple.pl)

16:03, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
środa, 21 lipca 2010
przyjaciel do wynajęcia

Słyszałam już o wypożyczalniach babć i dziadków, o dziewczynach czy chłopakach do wynajęcia nie wspomniając. Ale o przyjaciołach jeszcze nie.

W Stanach na stronie rentafriend.com jest już zarejestrowanych 218 tysięcy osób, które oferują swoje usługi w ramach płatnej przyjaźni. Za godzinę obcowania z takim przyjacielem płaci się conajmniej 10 dolarów za godzinę. Dziennikarz Guardiana, który chciał sprawdzić na sobie jak taka przyjacielska randka wygląda, zapłacił 40 funtów za godzinę (tutaj możecie przeczytać jego relację: http://www.guardian.co.uk/lifeandstyle/2010/jul/21/friends-rental-service) i spędził popołudnie z nowym kolegą grając w piłkę, pijąc piwo, rozmawiając o pracy i przerzuacjąc się anegdotami. Oboje na koniec stwierdzili, że było sympatycznie ale trochę dziwinie...

Co można robić z takim wypożyczonym przyjacielem? Strona rentafriend.com sugeruje:pójść do kina, na kolację, na koncert, na siłownię, pograć w tenisa, pojechać na wesele lub na przyjęcie.

Przyjaciela można wynająć również wtedy, kiedy jedziemy do obcego miasta, w którym nikogo nie znamy, kiedy chcielibyśmy nauczyć się nowego języka, albo hobby, albo po prostu porozmawiać z kimś, kto jest innego wyznania albo pochodzi z innej kultury.

Także wtedy, kiedy potrzebujemy porady kogoś z zewnątrz, kto nic o nas nie wie i pomoże nam, jak postronna osoba,  podjąć ważną dla nas decyzję.

Chętnych do skorzystania z tej usługi w Stanach jest 2 tysiące. Osób, które na byciu czyimś przyjacielem chcą zarobić- 218 tysięcy. Rachunek chyba w sumie pokrzepiający. Byłoby gorzej gdyby było odwrotnie.



 

 

 

14:36, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 lipca 2010
solidarność kobieca?

Czy waszym zdaniem istnieje? A jeśli tak, to czym jest?

Czy solidarność kobieca oznacza, że nie nawiązuje się romansu z żonatym mężczyzną, nawet jeśli jest ósmym cudem świata i twierdzi, że od 20 lat jego związek to fikcja? Albo nic nie twierdzi? Czy solidarność kobieca to fakt, że nie śmiejemy się z żartów o "moherowych beretach", "głupich blondynkach" i "starych babach"? Czy solidarność kobieca oznacza, że nie podejrzewamy koleżanki w ciąży, która idzie na zwolnienie lekarskie, że sobie "folguje", a koleżanka, która ma małe dzieci i ciągle chodzi z tego powodu na zwolnienia- na pewno ściemnia? Czy rozumiemy, że koleżanka, która ma za sobą 30 lat pracy zawodowej ma prawo być po prostu zmęczona? A "stara baba" z autobusu jest na przykład po dwóch zawałach, ma cukrzycę i kłopoty z chodzeniem? Czy mamy tolerancję dla kobiecych słabości, gorszych dni, wahań nastrojów, niepewności? Czy w rozmowach z mężczyznami, chcąc wypaść na "fajne", "równe" i "nowoczesne" nie zapominamy o tym, że my też jesteśmy kobietami? Czy mamy taką samą tolerancję dla matek, jaką mamy dla ojców? Dla żon, taką jaką mamy dla ich mężów? Czy rywalizujemy ze sobą? Obmawiamy, deprecjonujemy, wyśmiewamy? Knujemy za plecami?Czy nie mamy w sobie przypadkiem pogardy dla "blachar", "dresiar", "starych panień", "szarych myszek"? Czy tak samo tolerujemy gejów, jak i lesbijki? Czy nie uważamy, że feministki to kobiety, które "stworzyły sobie ideologię na fundamentalnej nienawiści do mężczyzn"? Czy przyjaźnimy się z samymi mężczyznami, bo z kobietami nie warto? Czy nie uważamy, że jedynym partnerem do ciekawej, inteligentnej rozmowy może być tylko mężczyzna? Czy wspieramy przyjaciółki w tym, żeby rozwinęły skrzydła, czy raczej im je podcinamy? Czy pomagamy sobie nawzajem- czynem, gestem, słowem? Czy jesteśmy dla siebie życzliwe? Czy się po prostu, najzwyczajniej w świecie lubimy, czy każda kobieta to potencjalny wróg? Szczególnie ta bardzo atrakcyjna? Czy prawimy sobie komplementy? Czy się podziwiamy? Mówimy sobie miłe rzeczy i mamy je na myśli?

Tak pytam.

21:57, jucatuitam
Link Komentarze (9) »
wtorek, 13 lipca 2010

Pamela Anderson namawia do przejścia na wegetarianizm, a gwiazda porno- Sasha Grey do sterylizacji i kastracji kotów i psów w najnowszej kampanii PETA. Seksistowskie, czy nie?

Dla porównania, stara reklama Mini z automatyczną skrzynią biegów

 

23:07, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 lipca 2010
Diugoń

Dugong, zwany po polsku Diugoniem, albo potocznie- morską krową,bo żywi się głównie trawą (morską). Jest ssakiem, waży przeciętnie ok. 200 kg, ma długośc ok. 3 metrów. Wiecznie uśmiechnięty- dzieci w Akwarium w Sydney nie mogły oderwać od niego wzroku. Ja też nie. Aż chciałoby się do niego przytulić. I już miałam napisać, że mogłabym być w zasadzie takim sympatycznym Diugoniem gdyby nie to, że ciąża samicy trwa 11 miesięcy. No więc, nie, zdecydowanie nie.

Diugonia, z rodziny syrenowatych wklejam tu szczególnie z myślą o tych, którzy tak jak ja mieli bardzo kiepski dzień.

A jeśli chcecie zobaczyć, jakie jeszcze podwodne skarby i stwory kryją się w akwarium w Sydney, zajrzyjcie tutaj: http://sydneyaquarium.myfun.com.au/

 

22:29, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 lipca 2010
być matką w Sydney

Przed wyjazdem przeczytałam gdzieś, że Australia zajmuje drugie miejsce (po Norwegii) na liście krajów, które zapewniają najlepsze warunki do chowania dzieci. (wg. organizacji Save the Children. Cały raport na ten temat znajdziecie tu: http://www.savethechildren.org.au/images/documents/media/2010/State_of_Worlds_Mothers_Report_2010.pdf)

Raport uwzględnia takie czynniki jak opieka zdrowotna dla matek i dzieci, śmiertelność okołoporodową, długość życia kobiet, warunki materialne, dostęp do edukacji, kwestię urlopu macierzyńskiego i wychowawczego itp. Zastanawiałam się co takiego ma do zaoferowania Australia, czego nie oferuje Polska (miejsce 29. w rankingu). Na miejscu na ten temat rozmawiałam m.in. z Mią Freedman, dziennikarką, wieloletnią naczelną kilku pism kobiecych w Australii i matką trójki dzieci. Kiedy wspomniałam jej o zaszczytnym drugim miejscu w rankingu, była szczerze zdziwiona. Dzień przed moim spotkaniem z nią, w Australii przeszła bowiem ustawa o płatnym urlopie macierzyńskim ( 18 tygodnii, na poziomie pensji minimalnej niezależnie od tego, ile się zarabia). Wiele przyszłych i obecnych matek triumfowało, ale w mediach pojawiły się też głosy, że to skandal i jak ktoś chce mieć dziecko, to niech sobie sam je utrzymuje a nie z podatków obywateli.

Wcześniej wszystko zależało od dobrej woli pracodawcy. Można było skorzystać z bezpłatnego urlopu wychowawczego, maksymalnie do 12 miesięcy i tyle. Płatny macierzyński nie istniał i często kobiety wracały do pracy po 6 tygodniach, zostawiając dzieci opiekunkom. Wedug Mii to jeden z powodów, jakie stoją za tym, że Australijki przesuwają decyzję o dziecku na później. To było zresztą jedna z pierwszych obserwacji, po przyjeździe do Sydney- dużo kobiet ok. 40tki z małymi dziećmi. - Jeśli chcesz mieć tutaj dzieci, musisz mieć pieniądze- powiedziała mi Mia. - Niektórzy nawet na ten cel odkładają.

W Australii nie istnieją  ani państwowe żłobki ani przedszkola. Za caodzienną opiekę dla kilkulatka płaci się 80 dolarów, z czego połowę zwraca rząd. Jakby przeliczyć to razy np. 20 dni w miesiącu, wychodzi majątek. Matki z małymi dziećmi bardzo często decydują się  na pracę na pół etatu, albo na pracę z domu. Z racji tego, że wielu obywateli Australii to emigracja w pierwszym pokoleniu, babcie i dziadkowie mieszkają poza granicami kraju, a jeśli nawet w tym samym, to często 1000 km dalej, co jak na Australię i tak jest blisko. Zresztą, średnia długość życia kobiet tutaj to 84-lata, więc sześćdziesięcioparoletnia babcia to zwykle energiczna pani, która ma swoje życie i sprawy i nie ma czasu ani specjalnie ochoty na całodzienną opiekę nad wnukami. Opieka medyczna też jest prywatna i sporo kosztuje.

Więc w czym rzecz? Może chodzi o ten klimat, który przekłada się na zdrowie i matek i dzieci? ( wiem, że jest to kiepski argument, którego w dodatku nadużywam)? A może o to, że rzeczywiście australijscy pracodawcy są dosyć elastyczni i można z nimi negocjować warunki pracy? Może o to, że to społeczeństwo zamożne? W sumie nie mam jednoznacznej odpowiedzi, ale jeśli ktoś ma jakiś pomysł, wie, domyśla się- niech pisze.

15:29, jucatuitam
Link Komentarze (5) »