RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
samotnie po rekord świata

Zawsze imponowały mi kobiety, które zdecydowały się na samotny wyczyn- rejs dookoła świata, zdobycie Mount Everest, przejście na piechotę Afryki, przepłynięcie La Manche. Podziwiam, zazdroszczę i skrycie marzę, żeby kiedyś spróbować np. przejść z Gdańska do Zakopanego-to już byłoby coś. Biorę jeszcze pod uwagę przepłynięcie Wisły (z brzegu na brzeg). Nie wspinam się, nie żegluję i nie biegam-więc te dyscypliny odpadają.

Z zainteresowaniem przeczytałam więc informację o 13-letniej Holenderce, która od szóstego roku życia marzy o samotnym rejsie dookoła swiata. Rodzice, zapaleni żeglarze ją w tym marzeniu wspierają, a jej ojciec wystąpił nawet z prośbą do szkoły o zwolnienie dziewczynki z zajęć na dwa lata. Szkoła, psychologowie, a teraz sąd zdecyduje o tym, czy Laura może wypłynąć w rejs, i jakie ewentualnie poniesie koszty tej decyzji. Na razie rodzicom dziewczynki ograniczono prawa rodzicielskie na dwa miesiące.Więcej informacji znajdziecie tutaj:http://wyborcza.pl/1,75248,6977632,Trzynastolatka_na_razie_nie_poplynie_dookola_swiata.html/

To mi przypomniało inną historię sprzed kilkunastu lat. Był rok 1994 i byłam w Anglii. Cała Wielka Brytania kibicowała wtedy Ffyonie Campbell- 27-latce, która po 11 latach ukończyła swój "spacer" dookoła świata. Między 1983 a 1994 rokiem przeszła na piechotę 32 tysiące kilometrów: ze wschodu na zachód Stanów Zjednoczonych, Z zachodu na wschód Australii, z południa na północ Afryki, z południe na północ Europy. Po drodze opisała swoje przygody w dwóch książkach.

W tamtym październiku 1994 triumfowała. Jej wyczyn zapisano w Księdze Rekordów Guiness'a. Ówczesny premier Wielkiej Brytanii-John Major, publicznie ogłosił ją wzorem do naśladowania za determinację, odwagę i niezłomność.Jak zwykle bywa w takich sytuacjach, Campbell stanęła w centrum zainteresowania mediów. W prasie zaczęły pojawiać się głosy o tym, jak nieznośna jest dla swoich współpracowników ( w jej wyczynach towarzyszyła jej zawsze kilkuosobowa ekipa wioząca sprzęt, jedzenie etc.), że jest chorobliwie ambitna, nie liczy się z nikim, i ma zapędy dyktatorskie. BBC nakręciło o niej serial, który również pokazał ją w negatywnym świetle. Pojawiły się pogłoski, że oszukiwała i niektóre odcinki drogi pokonywała samochodem. Campbell wycofała się z życia publicznego. Podobna popadła w depresjęi uzależniła od heroiny. W 1996 wydała trzecią książkę-tym razem autobiografię, w której m.in pisała o autorytatywnym ojcu-pilocie wojskowym, o swoim dzieciństwie w trakcie którego przeprowadzała się 26 razy, o wiecznie niezadowolonych z niej rodzicach, dla których nigdy nie była wystarczająco zdolna i ambitna. O tym, że to całe przedsięwzięcie było tylko po to, żeby wreszcie móc usłyszeć od rodziców, że są z niej dumni. Również o tym, że owszem oszukiwała w trakcie swojej podróży przez Stany, bo zaszła w ciążę z jednym z członków ekpiy i nie była w stanie wyrabiać dziennej normy.

Szukałam teraz informacji o Ffyonie Campbell. Ciekawa byłam, co się z nią stało. Jedyne, co udało mi się odnaleźć, to informacja z 2002roku o tym, że skończyła studia na jednym z wydziałów sztuki w Stanach.Ale gdzie jest? Co dokładnie robi? Czy ułożyła sobie życie? I czy ktoś jeszcze o niej pamięta?

Kiedy cała prawda wypłynęła na wierzch po publikacji książki, Campbell wystąpiła z prośbą o usunięcie jej rekordu z Księgi Guiness'a. Odmówiono, bo dopuszczalne jest zawieszenie przeprowadzanego wyczynu na czas wojny, choroby, przeciwności losu. Campbell postanowiła więc, że ten odcinek drogi przejdzie jeszcze raz uczciwie na piechotę.I tak zrobiła.

14:49, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 sierpnia 2009
Alpha matka

A oto Super-matka, a ściślej- "Alpha matka". W garniturze od Max Mary realizuje się w macierzyństwie w wersji glamour: laptop w jednej ręce i laktator w drugiej. Autorką tego terminu i pierwszą przedstawicielką  "plemienia" alfa matek jest Amerykanka z Nowego Jorku -Isabel Kallman, która zanim w 2004r. urodziła dziecko, przez 10 lat pracowała dla banków na Wall Street, pracując po 100 godzin tygodniowo. Kiedy jej syn skończył rok,Kallman zdecydowała, że nie wraca na Wall Street, bo nudzą ją cyferki i analiza danych. Zamiast tego postanowiła równie profesjonalnie potraktować swoją nową rolę i założyła stronę internetową oraz telewizję poświęconą macierzyństwu- www.alphamom.com (W Stanach ogląda ją ok.11 milionów osób). Można tu znaleźć odpowiedzi na wszelkie pytania "na temat"- od publicznego karmienia piersią, przez seks po porodzie po rozwój płodu dzień po dniu. Przy okazji jest to również platforma reklamowa dla producentów wszelkiego rodzaju gadżetów "niezbędnych" dla rodziców. Po niezbyt przychylnym artykule, który ukazał się w 2005r. w popularnym tygodniku New York (http://nymag.com/nymetro/news/features/12026/) Kallman okrzyknięto "Marthą Stewart rodzicielstwa". Zarzucano jej, że na propagowaniu zaangażowanego macierzyństwa zbija grube pieniądze, a opiekę nad synem powierzyła sztabowi niań i opiekunek. Sama zapytana o to kim jest dla niej alfa-matka, tłumaczy:"to matka, która nie ma poczucia, że wszystko, co związane z macierzyństwem przychodzi jej instynktownie i zamiast biec do babci po radę, pierwsze co robi to szuka odpowiedzi w internecie. To ktoś, kto chce wiedzieć pierwszy i dzieli się tą wiedzą z innymi, czy jest ona dobra czy zła. To wreszcie ktoś, kto z pasją oddaje się rodzicielstwu." Dzisiaj Kallman swojej firmie poświęca tyle czasu, co kiedyś Wall Street-100 godzin tygodniowo. Wychodzi mniej więcej 14 godzin dziennie. Własnemu rodzicielstwu oddaje się z pasją w weekend.

Niedługo po tym jak temat alfa-matek zaistniał w mediach, natychmiast pojawił się głos opozycji. "Alfa-matki to cyborgi" zaśpiewał wesoło chórek. "Niech żyją beta-matki". Beta-matka w przeciwieństwie do Alfy, chodzi w dżinsach, na "płaskim", szkoda jej czasu na fryzjera, nie pamięta o wywiadówce, na obiad podaje mrożonki zamiast organicznej marchweki. I ma gdzieś to, czy jej dziecko w wieku dwóch lat umie mówić po francusku, pływać i grać na skrzycach. Byle było szczęśliwe.

Na forach internetowych na całym świecie, w Polsce również, matki Alfa i Beta toczą nieustanną wojnę o to,która lepiej, więcej i jak to się odbije na dzieciach. Z podobną pasją i zaangażowaniem.

Dobranoc

23:38, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 sierpnia 2009
Druga szansa na najlepszą pracę świata

A oto Ben. Ben Southall. Lat 34. Posiadacz "najlepszej pracy na świecie". Od 1 lipca mieszka na wyspie Hamilton, należącej do Wielkiej Rafy Koralowej. Przez sześć miesięcy ma być jej strażnikiem, opiekunem i promotorem (prowadzi bloga www.islandreefjob.com.au) w zamian za 150 tysięcy dolarów wynagrodzenia.

A teraz UWAGA! Rząd australijskiego Queenland (do którego należy region Wielkiej Rafy Koralowej) lada moment, bo już 26 sierpnia ma ogłosić szczegóły kolejnego konkursu na pomocników Bena. Aktualne informacje znajdziecie na jego blogu. O "najlepszą pracę na świecie" walczyło 34 tysiące kandydatów. Władze Queensland spodziewają się kolejnego rekordu. Zwycięzca będzie jeden, ale za to będzie mógł zabrać na wyspę trójkę swoich przyjaciół. Powodzenia!:)

15:10, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Międzynarodowy dzień bez podkładu

Na okładce najnowszego "Twojego Stylu"- trzy piękne kobiety: Stenka, Cielecka i Rusin. "Taka jestem naprawdę" zajawia materiał gazeta. W środku jeszcze Jopek i Sworowska. BEZ RETUSZU.W domyśle: bez photoshopa, manipulacji,komputerowych zabiegów upiększających.

Nie przeszkadza mi to, że pomysł jest powielony (pierwsze było francuskie ELLE, o czym pisała niedawno w Obcasach Katarzyna Jaklewicz http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53581,6853111,koniec_photoshopki_.html). Nie mam nic przeciwko temu, żeby taki trend upowszechniać. Ale czuję się oszukana.Bo mam wrażenie, że gazeta każe mi wierzyć, że panie te dały się sfotografować bez makijażu. Tak, jak wyglądają tuż po wstaniu z łóżka. I nie dosyć, że żadnego photoshopa się nie boją, to nie boją się pokazać zupełnie saute. Wyglądają naprawdę pięknie. Tylko...

Przyglądam się okładce bliżej i co widzę: na pewno podklad, lekko umalowane usta i oczy- w cielistych pudrowych odcieniach, w zgodzie z instrukcją wizażystów "jak się umalować tak, żeby nie było widać, że jesteś umalowana." To samo na zdjęciach wewnątrz numeru.Sprawdzam jeszcze raz. No tak, nigdzie nie jest napisane, że dały się sfotografować bez makijażu. "Bez retuszu", "bez komputerowych" poprawek piszą, ale mimo wszystko nie mogę się oprzeć poczuciu, że zasugerowano mi, że tego makijażu w ogóle nie ma. Anna Maria Jopek przyznaje, że ta sesja była dla niej wyzwaniem, bo "bez makijażu nie wychodzi z domu". Czyli co? Jednak wystąpiła przed obiektywem bez, czy może to znaczy, że "lekki" makijaż to dla niej brak makijażu? A może to ja czegoś nie rozumiem?

Oczywiście sama nie wiem, czy będąc gwiazdą chciałabym mieć zdjęcie okładkowe bez make-upu i retuszu. Czy chciałabym pokazać swoje sińce, przebarwienia, zmarszczki mimiczne, i dalekie od ideału uzębienie. Z pewnością wymaga to odwagi. Stać na nią i Monicę Belluci i Sophie Marceau.Dlaczego naszych gwiazd nie? Czy mają może jakiś zapis w swoich umowach z firmami kosmetycznymi, które reklamują?

Przyglądałam się dzisiaj kobietom na ulicy- większość jest umalowana mimo upału, niektóre mniej, inne bardziej. Mam wrażenie,że wiele z nich wyglądałoby dużo lepiej bez makijażu. Zastanawiam, co takiego się stało, że wyjście z domu chociażby bez podkładu i umalowanych rzęs jest dla nas takie trudne? Dlaczego łatwiej jest odsłonić brzuch, albo udo niż twarz? Dlaczego uczymy się umiejętności malowania tak, "żeby nie było widać"- czy to nie jest absurdalne?I po co?A może by w tłumie było łatwiej? Może ustanowić Międzynarodowy Dzień Bez Makijażu- i zobaczyć, czy taki diabeł straszny jak go malują?:)

07:33, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 sierpnia 2009
Pudełko ze zdjęciami

Zawsze mnie zdumiewa fakt, jak współcześnie potrafią wyglądać ludzie z archiwalnych fotografii. Zdumiewa i zachwyca. Wielokrotnie do nich wracam, wpatruję się, wyobrażam sobie, jak żyli, jaki mieli głos, w co się ubierali, jak pachniało powietrze.Niektóre są naprawdę sugestywne...

Ten autoportret pochodzi z 1934r. i jest jednym ze zdjęć, które można oglądać na wystawie fotografii Friedy Mayer, w Muzeum Historii Żydów w Berlinie (http://www.juedisches-museum-berlin.de/site/DE/homepage.php) jeszcze tylko do jutra. Na szczęście udało mi się znaleźć stronę, na której można obejrzeć znacznie więcej zdjęć niż te, które pokazano na wystawie. Na serwisie fotograficznym "flickr" zamieściła je wnuczka Friedy Mayer- Rivka Mayer. Adres strony: http://www.flickr.com/photos/artphot/. Rivka Mayer też jest fotografką i graficzką ina jej stronie można również obejrzeć jej własne prace.

A teraz kilka słów o Friedzie Mayer: Urodziła się w Berlinie w 1892r.W 1933r, po dojściu nazistów do władzy, razem z mężem i synem oraz blisko 100 tysiącami niemieckich Żydów wyjechała do Izraela.Na zdjęciach zarejestrowała wyjazd z Berlina, podróż statkiem "Vulcania" z Włoch do Palestyny oraz pierwsze lata budowania nowego życia w Tel Awiwie. Na głównej ulicy miasta -Allenby Street otworzyła studio, gdzie powstawały portrety, fotografie z życia ulicy i jej mieszkańców oraz kronika rozbudowującego się miasta. Mayer zostawiła po sobie ponad 800 negatywów. Zmarła w 1971r.(na podstawie informacji z Muzeum Historii Żydów w Berlinie)

I jeszcze dwa zdjęcia na zachętę

11:17, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 sierpnia 2009
operacja na szafie

Te dwie sympatyczne dziewczyny to Annika Sanders and Kerry Seager- pomysłowe projektantki z Londynu. Pierwsze ubrania zaczęły szyć na początku lat 90-tych, przerabiając męskie garnitury kupione w  ciucholandzie albo znalezione na śmietniku, na super modne ubrania dla kobiet. W 1997r. założyły firmę odzieżową pod szyldem Junky Styling i otworzyły sklep na Brick Lane (www.junkystyling.co.uk). Dzisiaj swoje kolekcje prezentują na wybiegach w Paryżu i Nowym Jorku.

13 sierpnia w księgarniach w Wielkiej Brytanii pojawi się ich wspólna książka pt" Wardrobe Surgery" ("Operacja na szafie"- dostępna również na amazonie), w której to autorki opisują historię powstania firmy i radzą, jak przerobić stare, nienoszone ubrania na ultra nowoczesne i oryginalne ciuchy. Czyżby kolejny biznes, który ma szanse rozkwitać w czasach kryzysu?;)

A tak wygląda okładka książki

22:15, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 sierpnia 2009
dzieciom wstęp wzbroniony

To miała być notka o tym, jak spędziłam tydzień w sieci szukając idelanego ośrodka na wakacje w Polsce dla rodziny z małymi dziećmi. Idealnego, czytaj: teren ogrodzony, jezioro z łagodnym zejściem do wody, łódki, rowery wodne, plac zabaw, mini-zoo, niezbyt dużo ludzi, wyżywienie trzy razy dziennie, dostęp do pralki i kuchni, a wszystko w miarę ładne, nowe i niepachnące PRL-em. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że owszem takie miejsca istnieją (są nawet podgrzewacze do butelek, rowery z fotelikami dla dzieci i niania do wynajęcia na wieczór), ale w cenie wynajęcia domu w Toskanii albo ekskluzywnego hotelu na Maderze. Co prawda powstał serwis www.dzieckowhotelu.pl, ale wybór tam stosunkowo niewielki i ceny też z kosmosu.

Przeczesując strony zagraniczne, trafiłam na kilka naprawdę godnych pozazdroszczenia. M.in. www.totstofrance.co.uk i www.totstoitaly.co.uk, które działają na tej samej zasadzie co interhome i pośredniczą w wynajmie domów przystosowanych dla rodzin, od piwnicy po strych. Bo poza podstawami (czyli placem zabaw i łózeczkiem dla dziecka) są jeszcze: elektroniczne nianie, nosidełka, nocniki, pudło z zabawkami, kolekcja bajek na DVD i książek, a nawet usługa specjalna: menu dla niemowląt. A wszystko to w rozsądnej cenie dla Brytyjczyków, którzy najczęściej korzystają z usług "totsów".

A teraz do sedna. W trakcie tych poszukiwań znalazłam coś znacznie bardziej interesującego. Okazuje się, że jest cała masa ludzi, którzy szukając dla siebie wakacji kierują się kluczem: "żadnych dzieci!". To dla nich powstają takie konsorcja jak www.sandals.com (skierowany głównie do nowożeńców i par, które odnowiły śluby małżeńskie) oraz www.superclubs.com (dla singli, par bez dzieci). Większość jest zlokalizowana na Karaibach i Jamajce. Są to ekskluzywne ośrodki all-inclusive, które oferują standard najwyższych lotów, zabiegi spa, dobrą zabawę, tam gdzie się jej oczekuje, oraz romantyczny anturaż, tam gdzie jest potrzebny, No a przede wszystkim ciszę i spokój. Żadnych krzyków i ryków za ścianą, jęczenia przy sąsiednim stoliku i nieznośnych rodziców robiących awantury w recepcji o to, że nikt nie respektuje ciszy nocnej.

Poza hotelami, są i kawiarnie, i restauracje, bary, kluby, baseny i sklepy, gdzie dzieci wstępu nie mają. Oczywiście budzą kontrowersje, bo przecież dzisiaj dziecko też człowiek, jeśli nie najważniejszy. Właścicieli krytykuje się za szykanowanie rodzin, co źle wpływa na ich wizerunek i często przekłąda się na przychód. No ale przecież wszystko w rękach speców od PR-u, bo zamiast pisać  w broszurze informacyjne"dzieciom wstęp wzbroniony" można napisać tak:"jest nam niezmiernie przykro. nie posiadamy przestrzeni przystosowanej do obsługi małych klientów. błagamy o wybaczenie!".

15:24, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
środa, 05 sierpnia 2009
matka,żona,człowiek

Od soboty "chodzi" za mną tekst Joasi Sokolińskiej z ostatnich Wysokich Obcasów (http://wyborcza.pl/1,81388,6876915,Sfrustrowane_panie_domu.html). Myślę o nim bez przerwy, a raczej powinnam napisać- w przerwach na myślenie, pomiędzy przewijaniem, karmieniem dziecka nr.1 lub nr.2, zmywaniem, rozwieszaniem, układaniem, zabawą, czytaniem, pisaniem tekstu, telefonem do lekarza, robieniem zakupów, wyrzucaniem śmieci. Tekst, tak nawiasem, też czytałam na raty- ale za to  kilkakrotnie-dwa razy stojąc pod śmietnikiem z torbą ze śmieciami w jednej ręce, raz usypiając dzieci, prawie po ciemku, innym razem na spacerze z rodziną (za co dostałam "żóltą" kartkę od męża, bo wspólny spacer- czas święty, w sumie miał racje). 

Przemyślałam go wzdłuż i wszeż. W zalezności od nastroju, pory dnia, stopnia niewyspania, moje zdanie, jakie sobie wyrobiłam "na temat" się zmieniało. Niektórych myśli nie umiem ubrać w słowa, innych nie jestem pewna- czy są moje? czy je powielam? czy może ktoś mi je kiedyś podsunął? Dzisiaj (jest już środa, czyli upłynął 5 dzień mojego główkowania)nie wiem, co tak naprawdę myślę-nie mam spójnej wizji. Mogę jedynie napisać co czuję, co widzę, co mi się wydaje.

To wszystko co napisała Joasia o frustracji współczesnych żon i matek jest mi bliskie. I jest bliskie też kobietom, które znam i które mają małe dzieci (niezależnie od szerokości geograficznej, jak się okazało po rozmowie ze Szkotką, Włoszką, Niemką i Francuzką). Nie wiem do końca, co siedzi im w głowach, bo o pewnych rzeczach mówić wypada (np. o małym zaangażowaniu męża w życie rodzinne) a o innych już nie (złości na siebie i dzieci, lękach, poczuciu niezrealizowania, zmarnowanych szansach, pretensjach, czy zwykłym zmęczeniu lub nudzie). Dowiedziałam się tyle, że chciałyby inaczej,odwrotnie,nie tak. Mogę mówić tylko za siebie.

Od kiedy zostałam matką nie opuszcza mnie poczucie winy. Obwiniam się w zasadzie o wszystko i na okrągło- o to, że trzeci dzień z rzędu ugotowałam makaron, zamiast piec, dusić i smażyć, bo nie miałam siły ani czasu; o to, czy moje dziecko nr.1 zjada wystarczającą ilość wapnia (bo nie znosi wszelkieo nabiału), o to, że jest nieufne wobec ludzi, zbyt wrażliwe, i że to ja zaaplikowałam mu ten lęk przed światem, o to, że wstało lewą nogą (bo na pewno wczoraj poszło spać zbyt późno), o to, że nadal używa smoczka i nie śpi we własnym łóżku, o to, że nie poświęcam tyle czasu młodszemu co starszemu (chociaż się tego nie domaga), o to, że ma katar (bo na pewno za chłodno je ubrałam), o lodówkę, że pusta (bo nie starczyło mi czasu na zrobienie zakupów), o to, że w koszu leży sterta prania, o to, że źle sobie zorganizowałam dzień i pracować muszę w nocy, albo o 5 rano (kiedy wszyscy śpią i mam chwilę dla siebie), o to, że o 23 nie tryskam humorem, ani energią, o to, że trzy razy w tygodniu burzę poranne życie rodzinne, wymykając się na basen o 6.30, o to, że jestem nie wiadomo dlaczego zmęczona i o to, że filmy oglądam dopiero jak ukażą się na DVD (wszystkie do połowy, bo zwykle usypiam), i tak dalej, i tak dalej.

Dzisiaj ( w sensie stażu bycia matką jest na pewno lepiej niż trzy lata temu, kiedy zaczynałam) bardzo bardzo powoli uczę się łapać dystans. Czasem zdobywam się na wielki gest-i nawet sobie wybaczam. ( Za czym szybko podąża myśl, żeby sobie nie pobłażać). Zaczynam sie też zastanawiać skąd to się bierze- skąd ten wewnętrzny głos, który bez przerwy krytykuje, upomina, karci, bez przerwy wymaga? Dlaczego sobie to robię? Dlaczego sobie to robimy? Dlaczego bez przerwy podwyższamy poprzeczkę? "Super żony, matki, kochanki". Przecież każdy/a przy zdrowych zmysłach wie, ze tak się nie da- nie da się na 100% w każdej dziedzinie, Takich ludzi nie ma! Facetów też nie, a może są?

Wydaje mi się, że się pogubiliśmy-i my, i oni. Tak, kiedyś było więzienie,sztywne role, ukryte pragnienia,zamach na wolność i cierpienie w oparach trzy daniowych obiadów. Nie da się temu zaprzeczyć. A jednak, gdzieś tam we mnie jest taka myśl, której się wstydzę, no ale jest: że kiedyś może było łatwiej, prościej, jasno? Że w pewnym sensie, nie mając wyboru, miało się większy wybór niż dzisiaj? A może i oni i my byliśmy z lepszego, trwalszego materiału? A może ta odporność, pewność siebie i swoich wyborów przychodzi z czasem? A może zbyt się nad sobą użalamy?

Nie mam autorytetów. Żadnych złotych formuł na udany związek i rodzinę. I widzę wokół, że większość też ich nie ma. Interesuje mnie bardzo jak inni układają sobie relacje-jedne podobają mi się bardziej, inne mniej. My sami też uczymy się od zera-metodą prób i błędów, czasami bardzo bolesnych. Chociaż muszę przyznać, że nawet małe zwycięstwa przynoszą ogromną staysfakcje. Tym małym zwycięstwem jest np. wybranie się na plac zabaw, z dwójką malutkich dzieci i powrót bez histerii i ryku. Innym- danie sobie prawa do czasu tylko dla siebie. Cały czas negocjujemy, próbujemy, odrzucamy to, co się nie sprawdza, testujemy możliwości i granice. Proces trwa-redefiniują się pojęcia  "mąż", "żona", "rodzina", "partnerstwo", "rola","moje obowiązki", "twoje obowiązki". I teraz , jak o tym piszę, to myślę sobie, czuję, a może wydaje mi się- że to akurat, że mamy taką możliwość jest bardzo bardzo fajne. Jest?

 

 

15:41, jucatuitam
Link Komentarze (2) »