RSS
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
wszędzie dobrze,ale

Bezdzietna koleżanka zarzuca mi, że jestem chodzącą antyreklamą macierzyństwa. Nic tylko narzekam- a to zmęczona, a to chore, na to śmo, a to tamto. A, że cieszę się z końca wakacji, to już jest gwóźdź do mojej trumny i świadczy tylko o tym, że jestem niereformowalna i powinnam udać się po jakieś proszki do znajomego specjalisty! Na szczęście znamy się z koleżanką sto lat i wiem, że w gruncie rzeczy jest mi życzliwa. Znam również wiele rodzin z małymi dziećmi, dla których wakacje to również zmora, męczarnia i kanał, więc pocieszam się, że jednak nie jestem najgroszą matką świata. Najlepszą też na pewno nie. Co za ulga!

Napiszę więc dla odmiany o plusach wakacji z małymi dziećmi. Oto one. Proszę bardzo:

Po pierwsze. Z wakacji na szczęście się wraca! Do domu- do tych wszystkich zaokrąglonych rogów, znajomych klapek od śmietników, które nie zabijają, liczby schodków i rutyny spania w osobnych łóżkach w ODDZIELNYM pokoju! Do sterty znajomych zabawek (zamiast trzech na krzyż), do półki z książkami (zamiast dwóch) i do całej kolekcji bajek na DVD. Do PRALKI, ZMYWARKI, do apteki za rogiem.

Po drugie. Człowiek po dwóch tygodniach przekonuje się, że dzieci nie umierają po diecie złożonej z frytek, pizzy, gofrów i lodów. Wręcz przeciwnie, są na nogach od 6 do 22 i bardzo są z tego powodu szczęśliwe. To pożyteczna wiedza. Na pewno nie raz z niej skorzystam. 

Po trzecie. Nie umierają też po dwóch dniach siedzenia w zamknięciu, kiedy leje jak z cebra. Z nudów i frustracji umierają tylko rodzice- ale to inna bajka.

Po czwarte. Pojawiają się w słowniku 1,5 roczniaka nowe słowa przywiezione ze wsi: traktor, muuuu, patataj i frrrrr, oraz woda!

Po piąte. To nic, że dziecko przez dwa tygodnie nie myło głowy. Żyje. Żyje również nie myjąc zębów przez kilka dni i innych części ciała.

Po szóste. Po dwóch dniach siedzenia w zamknięciu dzieci są tak spragnione ruchu, że są w stanie na własnych nogach przejść nawet 6 km. A potem padają ze zmęczenia i śpią jak susły, co jest w zasadzie jeszcze lepsze.

Po siódme. W polskim klimacie kremy z filtrem to chyba niepotrzebny wydatek. Parę razy zapomnieliśmy. Na plaży lampa, a dzieci jakby nietknięte.

Po ósme. W zasadzie najlepsza pogoda na siedzenie na plaży z tak małymi dziećmi to 19-20 stopni, czyli Bałtyk to ideał pod warunkiem, że nie leje (patrz punkt trzeci), wtedy trzeba siedzieć w domu. Siedzi się również wtedy, kiedy wszyscy siedzą na plaży, bo dla małych dzieci jest zbyt upalnie

Po dziewiąte. Stanie w korku to czysta medytacja i lekcja cierpliwości, czyli bardzo rozwojowe doświadczenie. Jak wybrnąć z sytuacji, kiedy ktoś ma do ciebie pretensje, wrzeszczy przez pół godziny bez przerwy, albo szlocha ponieważ na przykład "jestem starsza od mojego brata i zawsze będę starsza i dlaczego nie jestem młodsza i to twoja wina!", albo "dlaczego inne dzieci nie puszczają bąków tylko ja?"- i na nic się zdaje twoja argumentacja? A tam k...korek od Gdańska do Elbląga i bądż tu cżłowieku mądry. Tylko Zen cię uratuje- czyli oddychaj głęboko i pozwól myślom swobodnie przepływać, a może nie odwrócisz się gwałtownie i nie zabijesz swoich dzieci walizką, którą trzymasz na kolanach, bo nie mieści się już do bagażnika! (przypomnę sobie te sceny następnym razem, kiedy ktoś inny będzie miał do mnie pretensje, w innych okolicznościach)

Po dziesiąte. A poza tym wracasz do domu, patrzysz jakby nowym okiem na te swoje dzieci, których masz powyżej uszu i widzisz, że są jakby większe, bardziej samodzielne, rezolutne, wyższe, opalone, zadowolone i zdrowe i w zasadzie myślisz sobie, że to były jednak fajne wakacje (chociaż dzięki bogu już się skończyły).

 

16:40, jucatuitam
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 sierpnia 2010
Szalony mnich nowym premierem?

Za 9 dni wybory w Australii. Dotychczasowa faworytka i obecna premier Julia Gillard (z Partii Pracy) zaczyna tracić w sondażach. Coraz bardziej prawdopodobne staje się to, że nowym premierem Australii zostanie centro-prawicowy Tony Abbott, zwany przez krytyków Szalonym Mnichem. (Abbott kilka lat spędził w seminarium, z którego w końcu zrezygnował i został...dziennikarzem, przez lata pisząc do dziennika The Australian). Do polityki trafił w połowie lat 90tych, od zeszłego roku jest szefem opozycji w rządzie. Jest Katolikiem, ojcem trzech córek, strażakiem-wolontariuszem. Ma również uprawnienia ratownika i biega ultramaratony (100km). Jest też autorem ciekawych, anty-kobiecych i rasistowskich wypowiedzi.

Pozarządowa organizacja Get up!, która zajmuje się aktywizacją obywatelską w Australii i zachęca ludzi do prześwietlania polityków oraz ich programów po to, żeby do wyborów podchodzili bardziej świadomie, nakręciła ostatnio świetny spot telewizyjny. Członkinie Get up! wypowiadają w nim różne niepopularne kwestie, których autorem jest Tony Abbott, takie jak: ”Zmiana klimatu to absolutne bzdury”, albo ”Może nie ma specjalnie wiele ofert pracy dla rdzennych obywateli, ale cokolwiek jest, muszą to robić, nawet jeśli to tylko sprzątanie śmieci”, albo ”Byłoby szaleństwem oczekiwać od kobiet, że będą dominować albo będą tak samo reprezentowane jak mężczyźni w wielu miejscach, po prostu dlatego, że ich możliwości, zdolności i zainteresowania są inne z powodów czysto fizjologicznych...”

Get up! puentuje: Czasy się zmieniły Tony, a Ty? (żeby nie było, że niezależna organizacja jest jednak stronnicza, podobny spot wytykający bezmyślne wypowiedzi nakręcono o Julii Gillard)

Spot można obejrzeć tu:

http://www.youtube.com/user/getupaustralia#p/u/1/pJTX0iWYX9A

Na Youtubie obejrzało go do tej pory ponad 40 tysięcy ludzi. Ale nic nie przebije filmiku, zachęcającego do rejestrowania się na wybory, w którym twarze Gillard i Abbott wklejono w miejsce twarzy bohaterów z najlepszych filmów akcji. Ten film obejrzało już ponad 350 tysięcy ludzi.

http://www.youtube.com/user/getupaustralia#p/u/3/Qub4lWT6GNk

A tak wygląda Szalony Mnich, czyli Tony Abbott

No i jednak niesamowite jest to, jak sztaby wyborcze obojga kandydatów wykorzystują w tej kampanii internet. Abbott i Gillard twittują, są na facebooku, mają swoje strony, konta na portalu fotograficznym Flickr, blogi. Ciekawa jestem ile osób to wszystko obsługuje...

12:27, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 sierpnia 2010
co robi matka,kiedy dzieci śpią

Zwykle śpią równocześnie. (Tak, mam niezwykłe szczęście). W jednym pokoju (Tak, to również niebywałe szczęście). Popołudniowa drzemka zwykle trwa 1,5 godziny. Wydaje się, że to mnóstwo czasu. Należy odpocząć, poczytać, też się zdrzemnąć albo wykorzystać ten czas produktywnie-posprzątać, ugotować, skończyć tekst, poskładać pranie, pomyśleć o zawiłości świata, prognozach pogody lub ekologii (byle nie o polityce), zadzwonić w bardzo ważnej sprawie.

Co robi pewna matka? Coś tam sprzątnie, coś ugotuje. Zajmie jej to jakieś 15 minut. Napisze do znajomych. Poszuka sobie tanich biletów lotniczych, przejrzy fajne hotele, zaplanuje rodzinne podróże na trzy lata do przodu, na które i tak nie pojedzie, pomarzy o tym, co by było gdyby. A potem czeka aż obudzą się dzieci, bo czas mija i za chwilę pewnie usłyszy jęknięcie. Ale nie słyszy. Mija druga godzina, trzecia! I nic. A ona czeka w napięciu. Gotowa. W blokach startowych. W bałaganie. Bez żadnej nowej wiedzy. Dzieci jej podarowały trzy godziny spokoju, ciszy. Tyle rzeczy mogła zrobić, a ona tylko siedziała, czekała, patrzyła przez okno. I bardzo się tym czekaniem zmęczyła.;-) I zamiast cieszyć się tym nicnierobieniem, które tak rzadko się przytrafia, ona już kręci na siebie bicz, bo tyle mogła, a nic.

16:30, jucatuitam
Link Komentarze (3) »
piątek, 06 sierpnia 2010
Aborygeni to też Australijczycy

Mam wrażenie, że coraz więcej pisze się o Australii i to nie tylko w kontekście Australian Open albo kursu dolara. Albo po prostu bardziej zwracam uwagę na teksty z tamtego regionu, bo zaczęło mnie to interesować. Bardzo być może.

Dzisiaj w Gazecie tekst Jacka Pawlickiego "Kto pomoże aborygeńskim dzieciom?". A ja właśnie wczoraj skończyłam spisywać z dyktafonu fascynującą rozmowę z prawniczką i badaczką z centrum badań nad rdzenną ludnością, na Politechnice w Sydney. Nazywa się Eloise Schneirer (po babce Aborygence-również Watengo) i jest aktywistką, która działa na rzecz obrony praw Aborygenów. W naszej rozmowie tłumaczy co tak naprawdę stoi za stwierdzeniem "najczarniejsza karta w historii Australii'.

Według Eloise, jest fatalnie. A od roku 2007, kiedy to konserwatywny rząd Howarda zdecydował się na interwencję wojskową na Terytorium Północnym-sytuacja Aborygenów dramatycznie się pogorszyła. Co ciekawe, obecny rząd tę politykę kontynuuje i to mimo spektakularnych  "przeprosin" jakie Kevin Rudd  wygłosił dwa lata temu wobec "straconego pokolenia", czyli tych Aborygenów, którzy jako dzieci zostali siłą odebrani rodzicom i oddani na wychowanie białym (rodzinom albo placówkom wychowawczym) . 21 sierpnia odbędą się nowe wybory i bardzo jestem ciekawa, co w sprawie Terytorium Północnego, a także w kwestii Aborygenów zadecyduje nowy premier-Julia Gillard z Partii Pracy lub jej przeciwnik Tony Abbott? Narazie jedyną partią, która rzeczywiście przejmuje się sytuacją Aborygenów i może zaproponować jakieś sensowne rozwiązania są Zieloni, którzy mają jakieś 10% poparcia.

Miliardy dolarów, które co roku wydaje się na tzw."wyrównanie szans" to fikcja. Z 700 nowych domów, które rząd obiecał Aborygenom w 2007r., zbudowano...7. Itd. Nie chcę zdradzać więcej z naszej rozmowy, bo o wszystkim będziecie mogli sobie poczytać. W każdym razie to niesamowite, że w tak wielonarodowościowym państwie jak Australia, gdzie każdy jest imigrantem albo potomkiem imigrantów, traktuje się rdzennych mieszkańców, którzy są tutaj od dziesiątek tysięcy lat, jak obywateli drugiej, jeśli nie trzeciej kategorii. I dla wielu białych Australijczyków, Aborygeni to jedynie kłopot i problem, który należy szybko rozwiązać. Najchętniej nie "za nasze podatki".

 

13:38, jucatuitam
Link Komentarze (1) »