RSS
czwartek, 29 października 2009
marzy mi się

Dzisiaj marzy mi się, żeby być tutaj. Chociaż na jeden dzień.Chociaż na trzy godzinną rozmowę przy kawie, na spacer nad rzeką. Może być nawet na wspólne stanie na przystanku autobusowym. Mimo, że leje, wieje, i ręce marzną do kości. Tam mieszka moja przyjaciółka, którą ostatni raz widziałam w marcu 2007 roku i pewnie długo jeszcze jej nie zobaczę, bo żeby do siebie dojechać musiałybyśmy dwa razy przesiąść się z samolotu na samolot, a potem jeszcze wsiąść w pociąg- a obie mamy małe dzieci, nie wspominając innych niesprzyjających okoliczności. W tym roku mija 10 lat, od czasu, kiedy się poznałyśmy, zawierając przymierze nad butelką taniego francuskiego wina i jakimś bardzo śmierdzącym serem. Pracowałyśmy wtedy jako wolontariuszki przy odrestaurowywaniu zabytkowych murów i fontanny w małym miasteczku na południu Francji i nauczyłyśmy się tam m.in. wyrabiać cement oraz nieźle szpachlować. Wtedy też umówiłyśmy się, że na emeryturze otworzymy knajpę gdzieś na angielskiej prowincji, coś w duchu slow-food. Pamiętam, że zależało nam na tym, żeby nikt w naszej restauracji się nie spieszył, a żywność pochodziła od lokalnych producentów-co jak się niedługo potem okazało nie było specjalnie oryginalnym marzeniem:).Nie wiem, czy kiedykolwiek do tego dojdzie,szczerze wątpię, ale czasem lubię rozwijać w głowie ten nieprawdopodobny scenariusz, szczególnie jeśli odczuwam brak bratniej duszy-a na telefon do przyjaciela już za późno;). Jeśli kiedyś jednak nam się uda, to mam nadzieję, że będziemy karmić nie gorzej niż te dwie wspaniałe Damy, którym niniejszym składam hołd.

21:04, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 października 2009
podsłuchane

Dzisiaj na placu zabaw, który jest niezłym wykopaliskiem wszelkiego rodzaju informacji i obserwacji na temat stylów wychowania, pielęgnacji oraz tego, co za ile i gdzie, podsłuchałam następującą rozmowę dwóch niań, w wieku powiedzmy emerytalnym.

-I co, ile ci tam teraz płacą?

-1800 za miesiąc.

-8 godzin?

-Tak.

-A sprzątać musisz? Gotujesz?

-Nie sprzątam, ugotuje czasem coś dla małego, ale zwykle mama zostawia gotowe.

-I urlop masz?

-No mam-4 tygodnie.

-Wiesz co, ale te 1800 to jednak mało, ja bym o podwyżkę poprosiła. Powiedz im, że do ciebie dzwonią ciągle i ci chcą dać więcej.

-Ale nie dzwonią.

-To nic, powiedz tak. Mi płacą od tego roku 2100-nie sprzątam, nie gotuje, tylko dzieckiem się zajmuję. A jak starsze choruje, to za każdy tydzien jeszcze 250 złoty płacą. To norma teraz. W gazetach piszą i w internecie. Zobaczysz,jak są zadowoleni, to ci dadzą podwyżkę- bo będą się bali nowej szukać.

Dzieci tymczasem okładają się w piaskownicy łopatkami i sypią na siebie mokrym piachem.A mi szczęka opada i chwilowo się zawieszam...Chociaż czemu się dziwić, panie mają rację...

Kiedyś argument "Nie mogę sobie pozwolić teraz na dzieci, bo mnie nie stać" do mnie nie przemawiał. Myślałam, że to taka wymówka, pod którą kryje się inny, grubszy powód. Bo co tam pieniądze. Bóg dał dziecko, Bóg da na dziecko. A teraz sobie kalkuluje i się zastanawiam, ile trzeba zarabiać w stolicy, żeby mieć na przysłowiowe waciki, mając dwójkę małych dzieci i nie posiadając darmowej siły roboczej w osobie babci.

Przedszkole (państwowe) 300-450 złotych

Niania- 2000 albo więcej jeśli drugie dziecko choruje (zakladamy, że choruje dwa tygodnie w miesiącu, po wytargowaniu się niech będzie-2300)

W sumie  2600-2750 netto

I to są pieniądze wydane na samą opiekę podczas naszej nieobecności.Oczywiście można młodsze oddać do żłobka, jeśli się dostanie (prawie niemożliwe). A nawet jak się uda, co zrobić jeśli będzie chorować (a będzie). Można iść na zwolnienie, pobierając 80% wynagrodzenia i ryzykując, że szefostwo któregoś dnia jednak ci podziękuje, bo czy można być na zwolnieniu dwa miesiące z rzędu.(Moje dzieci na przykład na zmianę są chore od 1 września).

No i tak siedzę na tym placu zabaw, podsłuchuje i się zastanawiam nad państwem prorodzinnym, nad pracą prorodzinną i nad ostatnim felietonem Jacka Welcha,  z którego w zasadzie wynika, że albo jesteś świetnym, konkurencyjnym pracownikiem albo rodzicem (nie mogę znaleźć linka) oraz o tym, jak Urząd Pracy najpierw dał bezrobotnej samotnej matce trójki dzieci dotację na rozkręcenie firmy, a później w wyniku miesięcznego opóźnienia (które ma udokumentowane usprawiedliwienie) postanowił jej to odebrać. Mimo, że firma działa i ma się dobrze.http://wyborcza.pl/1,94898,7193847,Urzad_pracy_rozdaje_dotacje__A_potem_kaze_oddawac.html

14:52, jucatuitam
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 października 2009
co sie wydaje

Mamy męską wersję Brigitte Jones.Oto ona.

Nowa książka na amerykańskim rynku i już bestseller "Rok Koguta, czyli niezwykła, oparta na faktach opowieść mężyczyny, który zostawił swoją żonę i słono za to zapłacił."

A oto Kogut.Nazywa się Alan Wieder, rocznik 1974r, producent telewizyjny z Los Angeles (pracował głównie przy programach typu reality tv), który postanowił napisać o przełomowym dla siebie roku 2005 (roku Koguta). Odszedł wtedy od żony, z którą był 10 lat i rzucił się w wir kawalerskiego życia, co jak sugeruje tytuł, zaprowadziło go prosto do bram piekielnych. (Chociaż sama podróż była całkiem niezła. Wieder jechał tam oldskulowym modelem porsche, po drodze zaliczając kilkadziesiąt panienek i niezapomnianych imprez, podlanych odpowiednimi koktajlami zmieniającymi świadomość).Niestety przez ten rok odkrył w sobie również całe pokłady niepewności, słabostek i neurotycznych lęków, które do tej pory z sukcesem łagodziła jego żona. Jak np.ten o rozmiar penisa. Wieder przez cały Rok Koguta (co również można przetłumaczyć jako Rok Penisa) był przekonany, że ma najmniejszego na świecie-i na ten lęk nie pomagało nic-ani straceńczy styl życia, ani porsche, ani nawet seks w śmiertelnych dawkach. Skończyło się na terapii, jak dr.Freud przykazał.

Recenzenci płci męskiej piszą o tej książce z zachwytem, wzruszeni "prawdziwym do bólu męskim monologiem wewnętrznym". Recenzentki są chłodne w ocenach, piszą raczej o "prawdziwym do bólu chłopięcym monologu wewnętrznym". Tak, czy siak, książkę czytają wszyscy-i ci, co się zachwycają i ci, co się brzydzą i nawet ci, co twierdzą, że do rąk tego nie wezmą. Nie ma to, jak pisać o sobie szczerze i do bólu, a Wieder to właśnie lubi najbardziej-ja, o mnie, na mój temat, więc znajdziecie go wszędzie: i na facebooku, i na myspace, i na twitterze i na jego nowiutkiej stronie: www.alanwieder.com. Podobno matka i ojciec znienawidzili syna za tę książkę. Myślę, że lista będzie się wydłużać.

A tu krótki opis książki na stronie wydawnictwa

http://www.hachettebookgroup.com/books_9780446582162_Description.htm

Jeśli chcielibyście dołączyć do grona fanów, to proszę:

http://www.facebook.com/posted.php?id=98347047001#/pages/Year-of-The-Cock-by-Alan-Wieder/98347047001

 

15:10, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 października 2009
mój przyjaciel pediatra

Tyle mam do napisania.

O Faith Popcorn- przepowiadaczce trendów (autorce słynnego "The Popcorn Report" z 1992r,w którym zarysowała 10 trendów, które zawojują świat), zwanej "Nostradamus marketingu" a jednocześnie jednej z najgorszych nowojorskich szefowych. (www.faithpopcorn.com)

O absolutnie cudownej i zabawnej książce antropolożki Kate Fox pt."Przejrzeć Anglików", w której przygląda się swojej nacji i próbuje zdefiniować, czym jest angielska tożsamość, na czym się zasadza i jak się manifestuje. Książka zaczyna się tak: "Siedzę w pubie niedaleko stacji Paddington, ściskając w ręce małą brandy. Jest dopiero wpół do dwunastej-trochę za wcześnie na drinka, ale kupiłam go sobie częściowo w nagrodę, częściowo dla kurażu. W nagrodę za wyczerpujący poranek, który spędziłam, niby niechcący wpadając na ludzi i licząc, ilu z nich powiedziało "przepraszam", dla kurażu, bo mam zamiar wrócić na dworzec i przez kilka godzin grzeszyć śmiertelnie, czyli wpychać się do kolejek". Tak wygląda warsztat Fox, która obserwuje uczestnicząc;).

Chciałam też napisać o tym, jak można samemu zrobić sobie przepiękną rękawicę kucharską wg. projektu Cath Kidston www.cathkidston.co.uk;

Oraz o jednym z najczęściej ostatnio komentowanych artykułów w Guardianie na temat tego, że ojcowie chcieliby spędzać więcej czasu z dziećmi ale z jakiś powodów tego nie robią. Z jakich? Dowiecie się tu http://www.guardian.co.uk/lifeandstyle/2009/oct/21/men-work-paternity-leave

Oraz o tym, że coraz więcej Polaków się psychoterapeutyzuje, że coraz częściej zgłaszamy się do specjalistów z prośbą o pomoc w podejmowaniu coraz błahszych wydawało się decyzji (poza psychologami, są jeszcze tzw. coache, trenerzy, doradcy, itp.) -począwszy od wyboru kredytu, po ścieżkę kariery, przez to, czy być albo nie być ze sobą, po to, co na siebie włożyć i w jakim kolorze nam do twarzy, oraz co z powyższego wynika i do czego prowadzi.

Ale nie mam na to czasu!

Za to z jako takim sensem mogę Wam napisać  o licznych dziecięcych chorobach, regularnych wizytach w lokalnej przychodni,o tym, jak się czuję po dwóch tygodniach izolacji w domu z dwójką chorych dzieci i jakich dorobiłam się mięśni nosząc 11kilowego niemowlaka, który kaszle, charczy i ząbkuje, oraz o tym, czy, a jeśli tak, to jak udało mi się nie zwariować?.

Ale o tym też nie napisze, gdyż właśnie w trybie nagłym wzywa mnie charczący, ząbkujący niemowlak, a przedszkolak właśnie ryczy przez sen:"Bakterie mnie oblazły. Mamo ratuj!"

Dzieciom się nie odmawia. Więc dobranoc i liczę na to, że nastaną łaskawsze czasy.

 

23:41, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 października 2009
zdjęcia rodzinne

Do 25 października w warszawskiej galerii Yours można oglądać zdjęcia Lydii Panas. Greczynki, mieszkającej od lat w Ameryce. Panas fotografuje głównie rodzinę i przyjaciół. Ma trójkę dzieci, dwóje rodzeństwa i rozliczne siostrzenice, bratanków, kuzynów, wujków i ciotki. Jej prace porównywane są do zdjęć Sally Mann. Sama autorka nie lubi tych porównań. Uważa, że jej zdjęcia są w mniejszym stopniu reżyserowane i ustawiane. Stara się na nich uchwycić to, co zwykle niewidoczne dla "obcych"- życie wewnętrzne, emocje, prawdziwie relacje między ludźmi szczególnie bliskimi, a także między nią samą a tymi, których fotografuje. Panas wystawia w Stanach i w Europie od prawie 15 lat, zdobyła mnóstwo prestiżowych nagród, prowadzi wykłady i warsztaty z fotografii (m.in. w nowojorskiej MOMIE i w Guggenheim Museum).

Więcej zdjęć tutaj www.lydiapanas.com

07:55, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 października 2009
jak zaoszczędziłam 100 złotych i nie umarłam

Gdzie się nie obejrzeć, tam wszyscy oszczędzają. Wiadomo, kryzys. Zrobiłam rekonesans wśród znajomych, co do ich strategii oszczędzania. Najchętniej mówili ci, którzy przeszli przez okres bezrobocia. Dowiedziałam się od nich m.in o  systemie kopertowym (stałe wydatki do jednej koperty, do drugiej reszta, ze ścisłym dziennym limitem, którego nie wolno przekroczyć), o szukaniu okazji w internecie, o zakupach w makro zamiast w sklepie osiedlowym, o tanim gotowaniu, redukcji bądź całkowitej rezygnacji z konsumpcji kultury, zakupach w ciucholandach, zrezygnowaniu z telefonu komórkowego (albo zamiany abonamentu na kartę), wreszcie odcięciu internetu i kablówki, oraz pozbyciu się kart kredytowych, żeby diabeł nie kusił. A także o przenoszeniu dzieci z prywatnych szkół do państwowych, rezygnowania z zajęć dodatkowych oraz sprzedania większego mieszkania i kupieniu mniejszego, ewentualnie wyprowadzce na wieś. (ale to już w naprawdę podbramkowej sytuacji).

Z mojego doświadczenia wynika, że w  oszczędzaniu najważniejsza jest kartka, ołówek i przede wszystkim-wewnętrzna uczciwość. Nie ma zaookrąglania cen, nie ma "tak mniej więcej", nie ma "ach, zapomniałam, jeszcze szampon", nie ma "tu sobie wezmę, a potem dołożę". Liczy się aptekarska dokładność.

Zrobiłam sobie kiedyś przez trzy tygodnie przeglądu wydatków, żeby zobaczyć na co przepuszczam pieniądze i co takiego się dzieje, że tak szybko się rozchodzą. Codzienne zapisywałam każdy wydatek-gumę do żucia, gazetę, każdą kawę i każde kilo ziemniaków. Codziennie kusiło mnie, żeby trochę pooszukiwać. Były dni, że nie chciało mi się usiąść i zanotować, więc następnego dnia musiałam wszystko odtwarzać i wtedy myliłam się najbardziej. Wynik był jednak porażający-kompletny brak kontroli nad gotówką, niefrasobliwość wydawania na tzw. duperele (jednorazowa kwota to takie "nic", a w skali miesiąca-majątek!) i życie ponad stan.Mogłabym powiedzieć, że to cecha rodzinna, ale co z tego. 

Teraz uczę się oszczędzać i jest to trudne, ale sprawia ogromną frajdę. Są rzeczy, z których rezygnuje bez bólu (np. w ogóle nie kupuję ubrań, poza przysłowiowymi butami na zimę), nie chodzę do fryzjera ani do kosmetyczki (w końcu uznałam, ze jestem Beta-matką i tego się trzymam), zamieniłam komsetyki apteczne na dobre polskie (efekt mam wrażenie podobny), postanowiłam nie wracać do palenia po przerwie na ciąże i to jest chyba największa oszczędność (paczka papierosów jak wiadomo kosztuje prawie 10 złotych, czyli w skali miesiąca to 300, a roku 3600!). Nie chodzę do kina,do teatru, na koncerty, nie kupuje książek ani płyt. Nie jest to specjalnie powód do dumy, raczej konieczność, no i spora oszczędność. Koncerty bywają darmowe (część z nich oglądam w internecie, czasami zdarzają się transmisje radiowe), książki można pożyczyć od znajomych albo z biblioteki, a na filmy trzeba poczekać-prędzej czy później, większość z nich ukaże się na DVD (wiem, wiem, że to nie to samo, co pójście do kina!). Gorzej z teatrem-tutaj na szczęście istnieje jeszcze tz. "wejściówka", ale i tak większość przedstawień zaczyna się o 19- czyli godzinie dla mnie nie osiągalnej, bo wtedy kładę dzieci spać. Jednak mój największy sukces to rezygnacja z kawy kupowanej przez lata na wynos. Jedna kawa, druga, setna-w sumie majątek. Od pół roku pije równie dobrą w domu- koszt. jakieś 50 groszy w przeciwieństwie do 7 czy 8 złotych, co w skali miesiąca daje, jak łatwo policzyć prawie 240 złotych.

Ale są też porażki. Nie umiem oszczędzać na:

-jedzeniu ( robię zakupy w internecie, z kartką w głowie, żeby nie łapać się na przypadkowe okazje i wyprzedaże, ale nie umiem zrezygnować z tzw. żywności lepszej jakości. Wmawiam sobie,że może nie oszczędzam, ale za to inwestuje w ZDROWIE RODZINY)

- ubrankach, zabawkach, książkach i przyjemnościach dla dzieci. ale też kosmetykach, pieluchach, itp. Wytłumaczenia brak.

-edukacja, czytaj: prywatne przedszkole. W sumie bez sensu, biorąc pod uwagę fakt, że dziecko nr.1 praktycznie do niego nie chodzi, bo ciągle choruje

-basen-ruina dla portfela. 18 złotych za godzinę. Mogłabym wybrać tańszy, ale nie wydaje za to na dojazd-chodzę piechotą. Mogłabym biegać za darmo, ale powiem coś niepopularnego-NIENAWIDZĘ biegania!Gdybym nie chodziła na basen, musiałabym chodzić do terapuety, co kosztuje znacznie drożej

-gazetach. Brak wytłumaczenia poza tym, że jestem starej daty i lubię papier.Nie dla mnie kindle.

A tu znalazłam coś śmiesznego. Pod warunkiem, że ktoś ma brytyjskie poczucie humoru.Czyli dlaczego bardziej się opłaca mieć żonę, która nie pracuje i zajmuje się dziećmi (jednym z argumentów jest to,  że może naprawić za darmo kran albo zrobić zeznanie majątkowe! Nie mówiąc o tym, że wszystko, co robi robi za darmo).To się nazywa strategia oszczędzania!

http://budzet-domowy.wieszjak.pl/oszczedzanie/100028,Czy-oplaca-sie-wysylac-zone-do-pracy-.html

 

14:31, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
środa, 14 października 2009
z cyklu "osobiste"

Chcecie wiedzieć, co umnie? Wyjrzyjcie przez okno. Tak się czuję.

13:58, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
nic osobistego

Piękny film o samotności, o tym, jak rodzi się bliskość, ale też o  posiadaniu rzeczy i ludzi. "Nothing Personal" (Nic osobistego) został obsypany nagrodami na festiwalach w Locarno i Utrechcie. (Dzisiaj miał niestety ostatnią już projekcję na Warszawskim Festiwalu Filmowym, ale mam nadzieję, że jakiś dystrybutor już go kupił). Reżyserką jest Polka po katowickiej filmówce i po szkole filmowej w Amsterdamie-Urszula Antoniak. To jej pełnometrażowy debiut i odrazu-wielki sukces. Świetne role-Stephena Fry'a i młodej holenderskiej aktorki-Lotte Verbeek.

Więcej o filmie dowiecie z oficjalnej strony, na której można też obejrzeć trailer i zdjęcia z planu.Marna namiastka, ale za to piękne irlandzkie krajbrazy. Niektórym mogą zaostrzyć apetyt na film.

www.nothingpersonalthemovie.com

A tu informacja po polsku (ze strony WFF)

http://www.wff.pl/fest/2009/filmdetails.xml?f=1831

Tu slajd z filmu

A tak wygląda reżyserka

13:52, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 października 2009
2+2 wg. Winnie Cooper

Zawsze mnie ciekawił los gwiazd i gwiazdek, które po chwilowej iluminacji, znikają ze sceny, bądź ekranu i wszelki słuch po nich ginie. Czym się zajmują? Jak układają sobie życie? Jak im się żyje bez medialnego szumu wokół nich?

Przeglądając ostatnio sierpniowy numer amerykańskiego pisma "Psychology Today" (www.psychologytoday.com) trafiłam na wywiad z tą dziewczyną. Pamiętacie ją?

Wszyscy chłopcy w mojej klasie się w niej kochali, a wszystkie dziewczyny chciały być nią i chodzić z Kevinem. Serial dotarł do nas bodajże w 1989 r. i przez kilka dobrych lat starałam się nie opuścić żadnego odcinka. To był serial, o którym się gadało na przerwach, na lekcjach i po lekcjach.

 Zapamiętałam ją oczywiście jako Winnie Cooper. Naprawdę nazywa się Danica McKellar. Po sześciu latach na planie "Cudownych lat", McKellar wybrała matematykę na Uniwersytecie Kalifornijskim, który ukończyła z wyróżnieniem. Po drodze było kilka niewiele znaczących ról oraz sesja rozbierana (w bieliźnie) dla amerykańskiego magazynu Stuff (czytelnicy wybrali ją w głosowaniu na gwiazdę z lat 90-tych, którą chcieliby obejrzeć w negliżu), ale trzy lata temu McKellar zdecydowała, że wraca do matematyki.

W 2007 i 2008 wydała dwie książki, które mają zachęcać uczennice szkół średnich do nauki matematyki: "Math doesn't suck" ("Matematyka nie jest do bani, czyli jak przeżyć matematykę w szkole średniej nie tracąc głowy i nie łamiąc paznokcia"; http://mathdoesntsuck.com/ i "Kiss my Math" http://kissmymath.com/. Obie natychmiast stały się bestsellerami. Są podobno bardzo przystępnie napisane (chociaż sama McKellar przyznaje, że stara się nie używać zbyt często młodzieżowego slangu, żeby nie popełnić jakiś dramatycznych, niewybaczalnych błędów;), przejrzyście zilustrowane, a przede wszystkim przedstawiają matematykę, jako niezwykle atrakcyjny przedmiot, nie tylko dla "kujonów".

Dzisiaj Winnie Cooper i jedna z jej książek wyglądają tak:

A tu w sesji dla magazynu Stuff sprzed kilku lat:)

15:13, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 października 2009
mówić, milczeć?

Nie wiem, co się robi w takiej sytuacji. Może najlepiej nic. To przecież nie moje życie, nie moja choroba...

W moim sąsiedztwie mieszka młoda dziewczyna. Myślę, że ma z dwadzieścia parę lat. Spotykam ją często wcześnie rano, zwykle kiedy wychodzi pobiegać. Rzadziej jak stoi przed sklepową lodówką i długo nie może się zdecydować, co wybrać. Nigdy nie widziałam, żeby wybierała coś innego niż butelkę wody niegazowanej i jogurt najmniejszego rozmiaru. Niknie w oczach. Spodnie, które zakłada do biegania (mają być obcisłe) wiszą na jej niemiłosiernie chudych udach i pupie. Ręcę ukrywa w dużej kurtce (zawsze jest cieplej ubrana niż wskazywałaby pogoda) ale pamiętam, że latem wyglądały jak witki, teraz muszą być jeszcze chudsze. Czasem biega od świtu do 9 rano, kiedy spotykam ją ponownie, odprowadzając córkę do przedszkola. I za każdym razem jak ją widzę, zastanawiam się czy powinnam coś zrobić, czy raczej nic. Jeżeli powiedzieć coś z sensem to co i w jaki sposób? A może w ogóle przestać zwracać na nią uwagę? To przecież nietaktowne wtrącać się w czyjeś życie. Zwłaszcza, jeśli to zupełnie obca osoba. A jeśli się leczy? Chociaż trudno by mi było w to uwierzyć- biega coraz więcej, jest coraz chudsza, jeśli w ogóle to możliwe i  wygląda na to, że odżywia się wodą i chudym jogurtem.

Gdybym miała pewność, że to coś da potrząsnęłabym ją i zapytała czy zdaje sobie sprawę, jaką krzywdę sobie wyrządza? Na jaką dewastację skazuje swój organizm? Czy będzie chciała mieć kiedyś dzieci, bo może się okazać już niedługo, że nie może ich mieć? Czy wie, że ta choroba nieleczona prowadzi do śmierci? Ale nie mam takiej pewności.

Sama pamiętam. 15 lat temu, 15 kilo mniej. Odżywiałam się głównie kiszoną kapustą i chlebkiem "z papieru". Były takie dni, że niczym. Ze szpitala wypisałam się na własne żądanie, bo byłam już pełnoletnia. Nie wyglądałam jeszcze tak, jak na zdjęciach na stronach pro-ana, ale prawie. Każda sugestia, że coś jest nie tak, każda wyciągnięta ręka, każda okazana troska, każde zwrócenie uwagi-to była woda na mój młyn. To był znak, że wszystko idzie zgodnie z planem, że mi się udaje, że wreszcie nad czymś w swoim życiu panuje. Wiem to wszystko i mimo tego nie umiem przejść koło tej dziewczyny obojętnie. Bo wiem, jak strasznie cierpi i jak cierpi jej ciało. I chyba jedyne, co mogę zrobić to trzymać kciuki, żeby coś takiego wydarzyło się w jej życiu, co skłoni ją do leczenia, żeby, banalnie mówiąc, wygrało życie, żeby bieganie stało się po prostu przyjemnością a nie sposobem na spalenie kalorii, a jedzenie-jedzeniem, a nie-wrogiem, żeby spoglądając w lustro zamiast grubej świni zobaczyła śliczną dziewczynę.

15:03, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2