RSS
wtorek, 13 grudnia 2011
karaluchy pod poduchy

www.pacingthepanicroom.blogspot.com

Zapamiętajcie ten adres!I uważajcie- ten blog uzależnia. Zaczniecie wierzyć, że ludzie są tylko piękni, mądrzy, wyjątkowi, dobrzy, twórczy, odważni i skromni. Może nawet sami o sobie tak pomyślicie, może doznacie stanu błogostanu. Być może będziecie chcieli wracać jeszcze raz, i jeszcze i jeszcze.

Autorem tego bloga jest Ryan Marshall, fotograf z Florydy, debiutujący pisarz. Lat 37. Ojciec dwuletniej Tessy i ojczym siedmioletniego Małego Faceta, oraz mąż Nicole, która strzyże włosy, naprawia stare rowery i potrafi zrobić wszystko z niczego. Ryan od dziecka wszystkiego się boi. Boi się niezdrowego jedzenia, boi się, że dostanie zawału, boi się, że w naszą planetę uderzy meteor. Jego wyjściową pozycją jest zamartwianie się, a przy tym jest bardzo zabawnym facetem, z darem opowiadania. Może czasem trochę przynudza, czasem jest denerwująco skoncentrowany na sobie, ale ma to coś- chciałby uczynić świat lepszym niż on jest- i za to go już pokochałam.

Tutaj film, który nakręcił ze swoją żoną w roli głównej. Powinien mieć tytuł "40 tygodni";-)

Jego piękna żona

I dzieci

A, żeby nie było tak słodko, to wszystko nie jest tak proste, jak się wydaje...

 

23:31, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Wielkie oko patrzy

Przedstawia się tylko swoimi inicjałami- JR. Zawsze w ciemnych okularach, w kapeluszu i w szaliku, wysoki, chudy- wygląda trochę jak postać z komiksu. Niektórzy mówią o nim: ”francuski Banksy”, inni nazywają go artystą, który wystawia w największej galerii świata. Jego prace, wielkoformatowe czarno-białe zdjęcia, przedstawiające twarze i zbliżenia oczu- wiszą na ścianach zbitych z dykty domów w najbiedniejszych rejonach świata: brazylijskiej faveli, w slumsach w Kenii, w Indiach, w Kambodży, w najuboższej dzielnicy w Szanghaju, w paryskich, imigranckich osiedlach. W ten sposób JR postanowił oddać głos tym, którzy na co dzień go nie mają. Jego prace mają zwrócić uwagę na te miejscach, o których świat za wszelką cenę chciałby zapomnieć.

Niektórzy krytycy sztuki nazywają to, co robi JR ”sztuką relacji”, gdzie granica między artystą, podmiotem i widzem przestaje mieć rację bytu. Wszyscy stają się wszystkimi.

Kiedy do faveli Morro da Providencia w Brazylii w 2008, niedługo po krwawych zamieszkach, opancerzonym samochodem przyjechała grupa dziennikarzy, żeby porozmawiać z autorem zdjęć, które zawisły na ścianach 40 domów, JR zniknął. W ten sposób dziennikarze zostali zmuszeni do rozmowy z mieszkańcami, zamiast z artystą.

W najnowszym projekcie InsideOut, który JR zainicjował podczas przemówienia przy okazji odbierania nagrody TED, JR w ogóle usunął się z pierwszego planu. W Tel-Avivie, Rammalah, Paryżu, Tunisie i kilku innych miejscach na świecie, JR poustawiał budki fotograficzne. Każdy może sobie zrobić w nich zdjęcie i wydrukować je w dużym formacie, a następnie nakleić w dowolnym miejscu w mieście. ”I tak zostałem drukarzem” mówi JR. Docelowy plan jest taki, żeby zniknąć w ogóle.

JR wychował się z dwójką rodzeństwa na osiedlu w zachodnim Paryżu, jego mama pochodzi z Tunezji, ojciec jest Francuzem. Jako nastolatek JR zajmował się głównie drobnymi wyskokami, bójkami i wagarowaniem. Ale w każdy weekend pomagał starszym sprzedawcom na targu ulicznym. Kiedy jego znajomi coraz częściej lądowali na komisariacie, a część nawet trafiła do więzienia, postanowił zająć się czymś bardziej produktywnym. Nocami wyrywał się z domu, żeby malować graffiti- w najmniej dostępnych miejscach- na dachach, na mostach, przy wejściu do komisariatu. W 2000 roku, kiedy miał siedemnaście lat, w jednym z wagonów metra znalazł porzucony aparat fotograficzny (przynajmniej tak głosi legenda). Kilka lat później zorganizował swój pierwszy wernisaż. Na ścianie bloku w podparyskim osiedlu, jak z ”Nienawiści”, Cite de Bosquets, przykleił zdjęcie swojego kolegi, który pozuje z kamerą tak, jakby trzymał w ręku karabin. Rok później, na tym osiedlu wybuchły zamieszki. Zdjęcie JR podświetlone przez płonący samochód przeleciało się przez wszystkie wydania telewizyjnych wiadomości. JR wrócił do Bosquets i już innym aparatem, z bardzo bliskiej odległości zrobił portrety mieszkańcom osiedla, młodym chłopakom, którzy do obiekty mieli robić straszne miny. Zdjęcia ”młodocianych przestępców”, nocą, nielegalnie JR rozwiesił w bogatej dzielnicy Paryża. Ta niecodzienna wystawa spotkała się z ogromnym odzewem. JR został zauważony przez dziennikarzy i przez byłego szefa agencji fotograficznej, Magnum. W rozmowie z New Yorkerem, JR powiedział: ”To wtedy zdałem sobie sprawę z siły oddziaływania papieru i kleju”.

Więcej o artyście, znajdziecie na: jr-art.net

JR- tak zwykle się daje sfotografować

Morro da Providencia w Rio de Janeiro

Slumsy w Kiberze, w Kenii

Projekt ”Wrinkles of the City”, Szanghaj

Automat fotograficzny

Te i inne projekty JR można też do 7 stycznia obejrzeć w paryskiej galerii Perrotin

www.perrotin.com

 

12:24, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 grudnia 2011
obiad z jimem

Czas poodkurzać tutaj przed Świętami. Takiego zaniedbanego bloga dawno nie widziałam. Brud i pajęczyny.

Gdybym nie była szczęśliwą mężatką, to teraz, zamiast pisać tę notkę, siedziałbym pewnie i próbowała sklecić list do Jima Denevana (na zdjęciu na górze). Brzmiałby on mniej więcej  tak: „Drogi Jimie, kiedy po raz pierwszy Cię zobaczyłam, to…A te Twoje obrazy na piasku…Myślę, że…terefere.”

 Jestem pewna, że znajdę zrozumienie u niektórych czytelniczek, jeśli zechcą dobrnąć do końca.

A więc tak. Jim Denevan, lat 50 jest surf erem, kucharzem-samoukiem, artystą, ale przede wszystkim wielkim marzycielem, który się swoich marzeń nie wystraszył. Tylko za nimi poszedł. Został wychowany przez mamę, nauczycielkę matematyki, która wcześnie owdowiała i musiała sama utrzymać siebie i dziewięcioro dzieci. Jako nastolatek Jim został mistrzem surfingu na plażach niedaleko Santa Cruz, w Kalifornii. Koledzy mówili na niego „The King”. Potem wyjechał do Europy, gdzie krótko pracował jako model. I tam odkrył, że gotowanie może być prawdziwą sztuką,a jedzenie nie służy tylko do zaspokajania głodu. Po powrocie do Stanów zaczepił się przy pracy na zmywaku w niezłej, włoskiej knajpie i potem jakoś to poszło.

Dzisiaj Jim organizuje uczty na to sto, dwieście osób,  w otwartej przestrzeni(www.outstandinginthefield.com) : w parku w Nowym Jorku, na środku pola w Ohio, na bagnach w Kalifornii, na urwisku. Jeździ swoim rozklekotanym busem, z ekipą, która pracuje dla niego za wikt i opierunek, rozmawia z lokalnymi producentami, kucharzami, właścicielami restauracji i wspólnym wysiłkiem opracowują menu, o jakim można tylko marzyć. To kosztuje (ok.100 dolarów za obiad), ale ludzie chcą tam być, na środku tego pola, jeść chleb ze zboża, które rośnie pod ich stopami, rozmawiać z nieznajomymi, którzy tak jak oni przyszli z własnym talerzem. Jimowi zostaje w kieszeni tyle, żeby zapłacić za benzynę, kupić jedzenie na drogę i ruszyć dalej.

Głównym  źródłem utrzymania Jima, chociaż dopiero od niedawna, od kiedy jego prace wystawiane są w galeriach, są jego wielkoformatowe dzieła sztuki. Rysuje je na piasku, na lodzie, na popękanej ziemi. Patykiem, grabiami, rowerem kreśli przez kilka godzin geometryczne kształty na przetrzeni kilku kilometrów, potem robi im zdjęcia z samolotu i patrzy, jak zmywa je przypływ.

Coś jest kojącego w tym, co robi Jim. Coś prawdziwego. I to memento, że jesteśmy tutaj tylko przez chwilę i że ważne, żeby ta chwila przynajmniej dla nas miała sens.

A jeśli przy tym uszczęśliwimy parę innych osób, czego więcej można chcieć?

Więcej o Jimie na www.jimdenevan.com

 

22:20, jucatuitam
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 listopada 2011
Grająca z wilkami

Niesamowita. Magnetyczna. Genialna i piękna. (Ja wiem, że to niezbyt feministyczne podkreślać, że kobieta jest piękna, ale cóż poradzić na to, że jest tak piękna, że aż dech zapiera). Melomanom na pewno jest dobrze znana. Ja odkryłam ją dopiero teraz. Nazywa się Helene Grimaud i jest niezwykłą pianistką. Podobno, kiedy gra- widzi dźwięki, jako kolory.

Urodziła się w Aix-en-Provence we Francji. Twierdzi, że powinna była urodzić się jako chłopiec... Jako dziecko sprawiała problemy. Opowiadając o sobie zawsze przywołuje anegdotę o tym, jak w podstawówce przyszła raz do szkoły z nożykiem ojca do otwierania listów, z zamiarem zabicia nauczycielki, która niesprawiedliwie potraktowała koleżankę. Nożyk wypadł z tornistra i plan się nie powiódł, a Grimaud skończyła na dywaniku.

Jej rodzice- nauczyciele włoskiego- próbowali jakoś zagospodarować jej niespożytą, dziką energię: tu dżudo, tam tenis, tu lekcje tańca. Dziennikarzowi The New Yorkera wyznała, że nienawidziła każdego z tych zajęć z osobna, a najbardziej baletu. W wieku lat siedmiu trafiła na lekcje umuzykalniające dla dzieci. Okazało się, że ma genialny słuch i talent. Kiedy po raz pierwszy usiadła do fortepianu, to było to. Jej energia nie potrzebowała wytracania, tylko kierunku- tym kierunkiem była muzyka. Osiem klas szkoły muzycznej skończyła w cztery. Jako dwunastolatka zdała do Konserwatorium Paryskiego i dojeżdżała do stolicy na zajęcia. Była młodsza od pozostałych studentów o dobrych kilka albo kilkanaście lat. Jako szesnastolatka nagrała pierwszą płytę.

Krytycy od początku jej kariery podzielili się na dwa wyraźne obozy: jedni twierdzą, że jest niesamowita, jej interpretacje i styl gry są wyjątkowe, emocjonalne, odważne. Konserwatyści zarzucają jej niechlujstwo, niedbałość, przerost formy nad treścią.

Najbardziej lubię zdjęcie Grimaud, która siedzi przy ciężkim Steinwayu, w zwykłej koszulce i w skórzanej kurtce zawiniętej wokół pasa. Ma minę niesfornego dziecka. To zdjęcie najlepiej chyba oddaje jej osobowość.

W 1992 roku Grimaud wyjechała do Stanów, najpierw na Florydę, potem do Nowym Jorku. W Europie, jak twierdzi, zaczęła się dusić. W 1999 roku założyła rezerwat dla wilków i centrum edukacyjne (www.nywolf.org), gdzie na stałe mieszka dwadzieścia kilka zwierząt i gdzie organizowane są wykłady na temat ekologii, środowiska, ochrony ginących gatunków. Dzisiaj Grimaud kursuje między Stanami a Europą, dając 100 koncertów rocznie- głównie w Niemczech, we Francji i w Austrii. Na stałe związana jest z wytwórnią płytową Deutsche Grammophon.

Dzisiaj dokonałam kolejnego odkrycia. W 2003 roku Grimaud wydała autobiografię. Myślałam, że ukazała się tylko po francusku i po angielsku. Okazuje się, że cztery lata temu została przetłumaczona na polski. Jeśli jesteście ciekawie, to poszukajcie. Ma tytuł ”Dzikie Wariacje”. Widziałam ją w promocji za 9 złotych;-)

A na deser film dokumentalny o Grimaud.

14:18, jucatuitam
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 listopada 2011
starszy pan i latający samochód

Bardzo lubię rysunki tego pana. Jest staroświecki i bardzo zabawny. Nie korzysta z komórki, w ogóle nowe technologie ma w nosie i używa gwaszu. Ale na TEDzie w Pasadenie wystąpił.

Od ponad trzydziestu lat rysuje do New Yorkera i Vanity Fair. Jest autorem ilustracji do kilku książek. Napisał też wzruszającą, momentami boleśnie szczerą autobiografię (”Thin Ice”) o dorastaniu w Kanadzie i swojej toksycznej rodzinie: matce alkoholiczce, zimnym, brutalnym ojcu i pięciorgu rodzeństwa. Ale jednocześnie zabłysnął w niej swoim poczucie humoru, oczywiście w najmniej spodziewanych momentach. (Niektórzy czytają tę książkę w ramach własnej terapii DDA).

Jest samoukiem. Zaczynał w latach pięćdziesiątych od rysunków do katalogów w kanadyjskim oddziale Forda. Podobno szczerze tej pracy nie cierpiał. Potem zaczął swój kurs po agencjach reklamowych. Od ponad trzydziestu lat jest stały rezydentem w Nowym Jorku. Z Kanadą i Kanadyjczykami nie bardzo potrafił znaleźć wspólny język. Na co dzień najchętniej zajmuje się ”nostalgią za czymś, co nigdy się nie wydarzyło”, odkopuje technologiczne wizje, które nigdy się nie zmaterializowały, świat wielkich metropolii przerysowuje i doprowadza do absurdu. Czasem, nie wiadomo, czy jego rysunki są bardziej śmieszne, straszne, czy może przerażająco prawdziwe...

A teraz zagadka: co jesienią spada z drzew w Nowym Jorku?;-)

 

17:34, jucatuitam
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 listopada 2011
A może książka na obiad?

Kiedy byłam mała, długo wierzyłam, że wystarczy spać z książką pod poduszką, a cała jej treść w trakcie nocy ”sama” wejdzie do głowy. Dzisiaj też zasypiam z książką pod głową, ale niestety już bez tej wiary...

Być może z podobnego założenia wychodzi amerykański artysta Trong. G. Nguyen, który stworzył alternatywne wersje ulubionych książek w formie nadającej się (po ugotowaniu) do jedzenia. Projekt ”Library” (”Biblioteka”) powstał w 2007 roku i artysta co roku uzupełnia go o nowe pozycje. Najpierw na ziarnkach ryżu wypisuje tuszem pojedyncze wyrazy, który składają się na rozdział wybranej przez niego książki (Twaina, Dickensa, Mallarme), a potem cały ”rozdział” zamyka w foliowym woreczku, który przypomina biblioteczną kartę wypożyczeń. Rozdział, po rozdziale, czyli woreczek po woreczku ułożone w odpowiedniej konfiguracji tworzą całość i w takiej formie można je oglądać na wystawie.

Ostatnią książką, którą Nguyen zapakował do woreczków jest ””Światło obrazu. Uwagii o fotografii” Rolanda Barthesa. Wygląda to tak.

więcej o artyście http://www.cameandwent.com/tgnprojects.html

13:03, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 listopada 2011
the king of cool

W 1963, amerykański magazyn Life wysłał swojego fotografa Johna Dominis do Palm Springs. Do domu Steve’a McQueena po to, żeby pokazać ”prawdziwe” życie gwiazdy. Zdjęcia z tych trzech tygodni spędzonych w Kalifornii u boku ”króla cool” można obejrzeć na wystawie w paryskiej galerii l’Instant.Podobno po raz pierwszy. Więcej zdjęć tutaj: http://www.lagaleriedelinstant.com/photographe/Dominis-John-a22

A tymczasem:

15:55, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
pływająca babcia

Poznajcie Pat Gallant- Charette. 60-latkę z miasteczka Westbrook, w stanie Maine, w USA. Pełnoetatową pielęgniarkę, matkę, żonę, siostrę, babcię i ...pływaczkę długodystansową na otwartych wodach.

Jeszcze 14 lat temu jedyną fizyczną aktywnością, jaką uprawiała- były spacery. Po 15 minutach pływania na małym, szkolnym basenie dostawała zadyszki. Ale pewnego dnia syn zachęcił ją, żeby wzięła udział w miejscowych zawodach pływackich ”Peak to Portland”  na dystansie 4 kilometrów, dedykując je młodszemu bratu, który zmarł nagle na zawał.

”Dasz radę, jeśli tylko spróbujesz”- usłyszała od syna. Zmobilizowana zaczęła regularnie ćwiczyć na miejscowej pływalni. Rok później przepłynęła te 4 kilometry i nabrała ochoty na kolejne konkursy. Dwukrotnie podchodziła do przepłynięcia Kanału La Manche. Udało się za trzecim razem, w tym roku. Dystans 35 kilometrów (teoretycznie, bo w zależności od pogody i warunków zwykle jest dużo dłuższy) przepłynęła poniżej 16 godzin. Rok temu przepłynęła Cieśninę Gibraltarską (14 kilometrów) w 3 godziny 28 minut.

18 października ustanowiła rekord świata, jako najstarsza kobieta, która przepłynęła z Wyspy Catalina do wybrzeża Kalifornii (33 kilometry). Ten wyczyn dedykowała innemu bratu, Johny’emu, który zginął w tragicznym wypadku, jako siedemnastolatek. Pat nigdy nie pływa sama. W łodzi obok towarzyszy jej zawsze ”drużyna”: mąż, syn, córka, kuzyni, szwagierka. Ostrzegają ją przed rekinami, zbliżającymi się statkami i prowadzą bezpiecznie do celu. Przed każdym nowym wyzwaniem, Pat pisze sobie na ramieniu wodoodpornym flamastrem imię brata, któremu dedykuje wyczyn: Johny albo Robby.

Tutaj znajdziecie bloga Pat i fotograficzne relacje z jej dokonań: patgalant.blogspot.com

Łezka się w oku kręci.

15:31, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 listopada 2011
między wierszami

W Mayor Gallery, w Londynie, do połowy grudnia można obejrzeć rysunki i szkice Sylvii Plath. (http://www.mayorgallery.com/index.html)

Frieda Hughes, córka Plath i poety Teda Hughes’a otrzymała je od ojca (który sprawował pieczę nad całą spuścizną po Plath) tuż przed jego śmiercią w 1998roku. W dzienniku The Guardian, Frieda Hughes pisze: ”Wczesne listy matki, wpisy do dziennika i wiersze były często ozdabiane rysunkami, miała nadzieję, że kiedyś będą ilustrowały artykuły i opowiadania, które pisała do gazet”. Tak się nie stało. Dzisiaj, prawie 50 lat po jej śmierci, możemy je wreszcie obejrzeć na wystawie.

źródło: The Guardian

14:27, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 listopada 2011
Bardzo brzydki dinozaur

Amerykański rysownik Bill Zeman (http://www.billzeman.com/- tutaj możecie obejrzeć jego portfolio) ma pięcioletnią córkę, o silnym charakterze i zdecydowanych poglądach. Od kiedy skończyła dwa lata weszła w rolę domowego dyrektora artystycznego. Zamawia u ojca rysunki (najchętniej dinozaury, krokodyle i innej maści ostrozębne zwierzęta), a następnie udziela mu miażdżącej krytyki: ”ale paskudny”, ”nie taki miał być”, ”weź to zetrzyj”.Przez trzy lata Zeman publikował rysunki opatrzone bezpardonowym komentarzem swojego przedszkolaka na blogu http://tinyartdirector.blogspot.com/ (”mały dyrektor artystyczny”).

Niedawno, ich współpraca doczekała się również wydania na papierze.

Brief: Dinozaur, która nas ściga

Krytyka: A gdzie MY jesteśmy na tym rysunku? Narysuj NAS! Naprawię go tak, jak mi się podoba. Tak mi się nie podoba. Błagam, błagam zetrzyj go! Zetrzyj go natychmiast!
Status pracy: Odrzucona
Dodatkowe komentarze: Weź stąd te pazury!
Komentarz autora: Mała dyrektor artystyczna nienawidzi tej pracy bardziej niż innych, które dla niej zrobiłem, z możliwym wyjątkiem pary krokodyli z przedwczoraj

 

15:05, jucatuitam
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25